Loading...

Piwna Bratysława zimą, część 2

Wiecie, jaki jest największy fast foodowy potworek kulinarny na świecie? Jadłem już różne, w tym i takie, które po paru kęsach mimo doskwierającego mi głodu lądowały w koszu na śmieci. 

Ale najgorszy fast food jadłem w Bratysławie.

W drodze powrotnej do bazy ze słabego, nie wiedzieć czemu wysoko ocenianego lokalu 100 Piv, zgłodniałem. Wskutek tego oraz braku roztropności zaliczyłem gastronomiczną abominację, której na imię Richman. Tradycyjny bratysławski fast food jest najwidoczniej nazwany arcyironicznie i doprawdy nie mam pojęcia, jak się budy z tym łajnem potrafią utrzymać na rynku. Jestem człowiekiem, który pamięta smak polskiego fast foodu z początku tego wieku. Smak utopionych w keczupie zapiekanek z mikrofali, hot dogów z rozgotowaną parówką czwartej jakości, wsadzoną do watowatej bułki, czy tak zwanej kanapki ze szczurem, sprzedawanej w minibudce na krakowskim rynku u wylotu ulicy Szewskiej po dwa złote sztuka. Ale Richman wszystko to przebija, i to kilkanaście lat po tym, jak rzeczone gnioty z Polski zaczęły znikać, wypierane przez lepiej przyrządzone przekąski. 

Co to jest, ten Richman? Otóż wyobraźcie sobie watowatą bułkę, wrzuconą na kilkanaście sekund do mikrofali, do której sprzedawca w białym kitlu wpycha kilka plastrów „szynki” z mięsa mielonego z kością, dodaje trochę sałatki i topi to wszystko w niezmiernie mdłym sosie tatarskim. Płacicie trzy i pół euracza i wpychacie to w siebie, bo naprawdę jesteście głodni, a na dodatek żal Wam zainwestowanej kasy. Ale po przełknięciu połowy resztę wywalacie i tak do kosza. I taki jest właśnie ten Richman, jedzenie dla bogatych. Bogatych w tolerancję smakową.

Trzeba było zakończyć dzień bardziej pozytywnym akcentem, więc zabrałem resztę wycieczki wieczorem do Craft B33r Gallery, położonej jakieś dwieście metrów od naszego miejsca noclegowego. Galeria P1wa Rzemieślniczego położona jest na parterze naddunajskiej galerii handlowej Eurovea nieopodal starego miasta, całkiem urodziwej jak na galerię handlową, a przynajmniej nie kalącej oczu. Knajpa posiada osobne wejście, nie jest więc zależna od godzin otwarcia Eurovei. Pod kilkoma względami jest to w moim odczuciu miejsce modelowe, jeśli chodzi o knajpę craftową. 

Po pierwsze wystrój – połączenie metalu, drewna i kamienia jest może trochę oklepane, ale w części wewnętrznej parteru udało się to połączyć w przytulny sposób. Każdą możliwą powierzchnię poziomą obito drewnem, umożliwiając odstawienie piwa – nawet trakt wzdłuż schodów, wiodących na górny poziom. Po drugie, wybór. 33 krany, a na nich głównie miejscowy craft, czyli to, czego szukam zagranicą. Po drugie, strona internetowa. Wzorem ontap.pl jest na niej opisana aktualna oferta, ale dodatkowo przy każdym piwie jest zaznaczone, ile go jeszcze w danej beczce zostało. Jeśli człowiek ma ochotę na wydłużoną degustację, jest to informacja o znaczeniu strategicznym. Za pomocą aktualizowanej na bieżąco strony można (korzystając z obsługi kelnerskiej) zamawiać piwo, mając tablice wewnątrz knajpy poza zasięgiem wzroku. 

Po trzecie, jedzenie. Nie tylko zimna płyta, ale i dania obiadowe, w przystępnych cenach i niezłej jakości. To od razu powoduje, że człowiek ma ochotę zostać na dłużej. Jednocześnie wysokie sklepienia sprawiały, że zapach jedzenia rozchodził się i zanikał w eterze, nie przeszkadzając w degustacji piwa. Po czwarte, obsługa. Ponoć się nie zna na piwach, ale raz że kelnerka sama zwróciła mi uwagę na to, że trzecie piwo, które zamówiłem znacząco się różni od poprzednich, więc ona mi może zaproponować coś innego, jeśli mam ochotę na gatunkowo zbliżony wywar, a dwa, że jej uroda czyniła wszelkie ewentualne braki w piwnej wiedzy mało istotnymi.

Po asortymencie kranowym widać, że w słowackim crafcie króluje IPA oraz APA. Większość podpiętych Wywarów, Stupavarów czy innych Sandorfów to były piwa w tych właśnie stylach, a tablicę uzupełniało kilka miejscowych bądź czeskich pilsów i polotmavych oraz garść craftów zagranicznych.

W trakcie gdy na drugim poziomie trwał właśnie jakiś koncert z nurtu easy listening, oddałem się dalszemu poznawaniu słowackiego craftu. A że ze względu na asortyment oraz bliskość lokalu wybraliśmy się do niego dwa razy, toteż i w tym miejscu najwięcej słowackiego craftu wypiłem. Za drugim razem za oprawę muzyczną posłużył house, fajny, choć nie tak fajny jak w Urban House, knajpie, którą opiszę jako następną.

Unorthodox Wendigo IPA to wytrawne piwo bez wad. Owocowe chmiele z nutą mango i dominacją grejpfruta, nadającego również ton w mocno gorzkim finiszu plus ciasteczkowa baza słodowa. Bdb (7/10). W Stupavarze Hoppy End trochę uciekła temperatura fermentacji, wskutek czego poza silnym, cytrusowym nachmieleniem i podkreśloną goryczką pałęta się w nim trochę czerwonego jabłka. Ale generalnie jest niezłe (6/10). Gorzej wyszło piwo Optimista z Local Craft Beer Brewery (fajna nazwa browaru, bajdełej). W zapachu i smaku ciasto brzoskwiniowo-morelowe, przy czym w smaku słody wyodrębniają się bardziej od niespecjalnie intensywnych chmieli, pojawia się przypieczona nutka, a posmak trąci mineralnością. Średnie (5/10). Świetnie wrażenie zrobił, co ciekawe, Berhet, swoim Kalibrem. Chmielowe uderzenie złożone z żywicy, cytrusów, brzoskwini i różanego geraniolu, słodowość wycofana, półwytrawne (lekka słodycz resztkowa) ze świetnym balansem smakowym, podkręcona ale miękka goryczka, melonowo-grejpfrutowy posmak. Absolutnie bez zastrzeżeń (7,5/10).

Czołowy słowacki craftowiec Wywar pokazał się od swojej najlepszej strony. Jozef to bardzo fajna desitka, wyraźnie chlebowa, subtelnie vel akceptowalnie maślana, z podkreśloną obecnością żateckiego chmielu i mocną, ale nie przeholowaną goryczką (7/10). Anna to świetna east coast IPA – cytrusy, żywica, delikatne mango, ciasteczkowa baza słodowa, średnia pełnia i mocna goryczka (7,5/10). Red Rye Bastard był lekko zagęszczony żytem, cytrusowo-żywiczny, z mocniej odczuwalnym mango niż Anna. Ponownie przewijają się motywy ciasteczkowe, a goryczka jest silna. Brak zastrzeżeń, świetnie się to piło (7,5/10).

Najbardziej się w tej knajpie skupiłem na browarze Sandorf. Co prawda polotmave z dodatkiem wiśni to absolutnie nie mój smak, ale za to Carmel Stout już jak najbardziej. Przyjemny aromat z nutami palonymi, czekoladowymi oraz owocami leśnymi, a zarazem w zasadzie wyzbyty tytułowego karmelu. Posmak palony oraz owocowy, goryczka średnio mocna. Mega sesyjne piwo (7,5/10). Xantipa to połączenie żywicy z totalnie przejrzałym, wręcz gnijącym tropikiem z przewodnią rolą mango. Sałatka wieloowocowa wystawiona w plastikowym worku na lipcowe słońce. Mięciutkie, świetnie zbalansowane piwo z dyskusyjnym profilem, który jednak z czasem staje się fajniejszy (7/10). Gorzej Sandorfowi wyszły lagery. Svetlý Ležiak 11% wprawdzie obył się bez diacetylu, był chlebowy, żatcowy, z dość silną, mięciutką goryczką, ale i delikatnie aldehydowy. Resztą nadrabiał (6,5/10). Polotmavý Ležiak 12% już nie miał czym nadrabiać. Trochę chleba, trochę chmielu żateckiego, trochę aldehydu, trochę kukurydzy. Tylko miękka goryczka robi niezłe wrażenie, ale w przypadku niedbale uwarzonego piwa to nie wystarczy (4,5/10).

Wizytę w Craft B33r Gallery polecam bez dwóch zdań.

Jako że przeciwieństwa w życiu następują często jedno po drugim, przeto po krótkim spacerze po starym mieście trafiliśmy następnego dnia na obiad do browaru restauracyjnego położonego nieopodal bratysławskiego zamku. Zamocky Pivovar znajduje się na obrzeżach dzielnicy usłanej ambasadami i konsulatami, stanowi jednak chyba najmniej godne miejsce piwne, jakie nawiedziliśmy w trakcie tego pobytu. Pub z warzelnią był niestety zamknięty (i to w sobotę), otwarta była z kolei pusta sala restauracyjna o uroku postkomunistycznej jadłodajni. Nieprzemyślana pod względem wystroju, zimna, wręcz sterylna. Sterylna jednak pod względem wystroju a nie higieny, bo smród rozlanego piwska zgodnie z prawdą zapowiadał klejące się blaty stołów. Gwoli ścisłości trzeba nadmienić, że przynajmniej jedno z warzonych tutaj piw śmierdziało nie lepiej z kufla niż ze stołu czy podłogi.


Zamocke Svetle 10, podane ciepłe (!), wygrywało nutami chmielu żateckiego oraz chlebowością, przegrywało natomiast aldehydem octowym oraz niską goryczką (5,5/10). Zamocke Svetle 12 miało ciut mocniejszą goryczkę, delikatniejszy aldehyd, ale za to również diacetyl, a poza tym było właściwie takie samo jak desitka. No, było podane poprawnie schłodzone (5,5/10). Zamocke Tmave 13 to już ewidentny hołd dla ulubionej wady czeskich piwowarów. Karmel, kandyzowany cukier, paloność i ziemistość już po lekkim ogrzaniu cześtowo przeistacza się, a częściowo poddaje dominacji masła kakaowego. Piwo było podane ciepłe i wygazowane. Żenada (3,5/10).

Co ciekawe, jedzenie było niedrogie jak na miasto i naprawdę smaczne. Pieczony kurczak, zupa fasolowa, tatar, bryndzowe haluszki – wszystko nas zadowoliło. Jeśli ktoś więc potrafi przymknąć oko na odpychające wnętrze i zamówi zamiast piwa wodę, herbatę czy inną kofolę, to jakość oraz ceny jedzenia w Zamockim Pivovarze są dość zachęcające. Grupa angielskich lumpów, która okupowała jedyny poza naszym zajęty stolik w sali, wybrała jednak piwo jako cel swojej wizyty. Wcale mi ich nie żal.

Browaru też mi nie żal, bo niedługo po naszej wizycie zamknął swoje podwoje. Good riddance.

Powracając jednak do wspomnianej sekwencji przeciwieństw, to dalszy spacer przez stare miasto zaprowadził nas do knajpy, która z miejsca stałą się moim ulubionym lokalem w Bratysławie. Otóż wyobraźcie sobie typowe stare miasto w Europie wschodniej. Za Wojny zostało przynajmniej częściowo zbombardowane, a ponieważ z kolei komuniści pragnęli zastąpić to, co stare i ładne, czymś nowym i szpetnym, toteż uznawali taką sytuację w wielu wypadkach za wymarzony asumpt, żeby w zrównanych z ziemią dziurach nie odrestaurować zniszczonych kamienic, tylko zastąpić je kanciastym, czasami brutalistycznym plugastwem. Tak oto pomiędzy ładnymi, secesyjnymi kamienicami takich miast powstały szare, betonowe plomby. Albo zupełnie wyzbyte niechby i lichej ornamentalistyki albo przyozdobione na taką modłę, że człowieka ogarnąłby śmiech, gdyby nie to, że na taki widok zęby potrafią rozboleć. Pośrodku starego miasta Bratysławy mieści się taka typowa powojenna, prostokątna plomba, robiąca wrażenie starego, opuszczonego biurowca. Na jej parterze do niedawna swoje podwoje miała księgarnia, ale musiała ustąpić lokalowi usługowemu, który ma nazwę Urban House.

Urban House zajmuje więc w zasadzie cały parter sporego budynku i już po przekroczeniu jego progu wiedziałem, że jest to idealna knajpa na przedimprezowy albo i kacowy chill out. Na parterze szkaradnego biurowca stworzono perełkę. Stereotypowo hipsterską, drogą perełkę, ale jednak perełkę. Urban House to przestronne miejsce utrzymane kolorystycznie w tonacji jasno- oraz ciemnobrązowej, umeblowane od sasa do lasa, ale jednak z wyczuwalną, choć ciężką do skonkretyzowania linią przewodnią. Płócienne oraz skórzane kanapy, drewniane stoły różnorakiego fasonu, drewniana, zdarta podłoga, europalety przerobione na regały z książkami oraz ściany z doniczkami, z których wylewa się zieleń, ciepłe żarówki edisonowskie. Do tego otwarta kuchnia serwująca m.in. pizzę, przekąski oraz bardziej klasyczne dania obiadowe, rozbudowane stoisko baristy, czekoladowe ciasta niemalże warte grzechu (w życiu lepszych słodkości nie kosztowałem), 6 nalewaków, wyśmienity house z głośników, sporo turystów jak i lokalsów, no i masa brodaczy z laptopami bądź tabletami. 

Właściwie ludzi z lapkami było chyba więcej niż bez, co może brzmieć trochę drętwo, ale nie jest. Knajpa jest urządzona tak mile dla oka, a rozstawienie siedzisk na tyle przyjazne, że ludzie pracujący nie wadzą tym odpoczywającym. Bo Urban House, z tego co wywnioskowałem, stylizuje się na połączenie coworking space, kawiarni, pizzerii oraz knajpy z craftem, do którego w trakcie tygodnia sporo freelancerów przychodzi pracować. Niby knajpa dla każdego to knajpa dla nikogo, ale właścicielowi udało się urządzić ten lokal w taki sposób, że rzuciwszy się na skórzaną kanapę, sącząc crafta przy akompaniamencie rewelacyjnej elektroniki (wiem, powtarzam się) poczułem się błogo, zrelaksowany jak na wakacjach. Nawet samemu bym się tutaj nie czuł źle, chociaż rzecz jasna towarzystwo pięknych kobiet jest zawsze wisienką na torcie.

Crafty nie są tutaj motywem przewodnim, ale zarazem jak najbardziej obecnym. Na wspomnianych 6 kranach lały się piwa z browarów Šenk, Hellstork, Matuška oraz To Øl, ale również Frozen Martini oraz Super Negroni. Dla spragnionych mniej wymyślnych smaków był Šenk Egon 13, który wbrew opisowi nie był pilsem, jeno marcowym, acz smacznym. Słodowym, lekko melanoidynowo-karmelowym, średnio pełnym, lekko gorzkawym, z chlebowym posmakiem (6,5/10). Przebojowy Hellstork Beat To Juice okazał się wart niemalże 4 euraczy za małą porcję, albowiem smakował jak nachmielony sok owocowy, nie zatracając charakteru piwa. Grejpfrut, limonka, mandarynka, pomelo, do tego lekki kwasek, trochę ciała oraz pestkowa, średnio mocna goryczka, która moim towarzyszkom już przeszkadzała. Maksymalna soczystość (7,5/10). Zakończyłem wizytę piwem z importu. To Øl Sur Tangerine Mosaic to soczystość brzoskwini, mandarynki oraz marakuji uzupełniona o delikatne lacto, co daje fantastyczny efekt jogurtowy. Piwo umiarkowanie kwaskowe, niemalże wyzbyte goryczki. To się świetnie udało (7,5/10).

Wierni zasadzie „lepsze jest wrogiem dobrego” nawiedziliśmy kolejnego dnia ponownie Urban House. Tym razem z głośników sączył się jazzowy lounge, a i na kranach nastąpiły zmiany. Czeski Clock w końcu mnie w pełni przekonał swoim piwem. Pineapple Session IPA (4 ojro za 0,3l) to mega soczysty miks grejpfruta, pomelo i ananasa, przy podkreślonej goryczce zachowano balans smakowy, a miękkie odczucie w ustach nie przeszkadza absolutnie wartościom orzeźwiającym, które w tym piwie są podkręcone ile wlezie (8/10). Skosztowana po kilku latach ponownie Zlata Raketa z Matuški z kolei była owszem, soczysta, cytrusowa, owocowa, zarazem jednak również lekko siarkowa, więc młodszy Clock wygrał z największą legendą czeskiego craftu.

Aha, tym razem poza ciastkiem również został zamówiony obiad. Pizza z dzikimi grzybami i truflami była rewelacyjna.

Zanim jednak ostatniego dnia naszego pobytu w stolicy Słowacji udaliśmy się do Urban House, wstąpiliśmy do Žil Verne. Znaczy się, dziewczyny wstąpiły tylko na chwilkę, a ja na kilka chwil dłużej. Mimo bowiem temperatury w okolicy zera oraz prószącego śniegu zdecydowano się otworzyć drzwi tej niezbyt dużej knajpy na oścież. Dziewczyny udały się więc wcześniej do Urban House, ja zaś postanowiłem skosztować atmosfery tego młodego bratysławskiego tapu. Jak się po nazwie można domyśleć, ten multitap stylizuje się na steam punka, choć zamiast wstawienia do środka modeli futurystycznych w rozumieniu początku XX wieku stalowych maszyn napędzanych na parę, zdecydowano się na czarno-białe fototapety odwołujące się do świata kreowanego m.in. przez Juliusza Verne, z projektami maszyn latających z okresu fin de siecle. Poza tym kaflowa podłoga, biały tynk, łukowate załamania stropu oraz poobijane meble. Nowoczesny styl czeski. Opcja tańsza, ok, rozumiem. Ciekawe z kolei jest to, że umiejscowiony na starym mieście nieopodal katedry pub zaczynał jako miejsce dwudzielne. Wpierw trzeba było wejść w bramę, po czym albo skierować się przez drzwi w lewo do jego części właściwej z barem albo wybrać drzwi z prawej, gdzie mieściła się jego przybudówka. Napisałem to w czasie przeszłym, obecnie bowiem w byłej przybudówce mieści się kolejny multitap, którego jednak opiszę innym razem.

Sympatyczny barman z dredami i kolczykiem w nosie tego dnia lał piwa z 9 kranów, w większości słowackie crafty, w tym i piwa sygnowane nazwą Žil Verne. Bo musicie wiedzieć, że Žil Verne to słowacki browar kontraktowy, w związku z czym inkryminowana, pseudo steampunkowa knajpa pełni zarazem funkcję jego tap roomu.

Ceny nie do końca przyjazne – pojemność 0,4l jest lana po średnio 3,5-4 euro. No ale to jest stare miasto. Wpierw wziąłem się za cenionego Hellstorka. Pink City smakował jak krakersy z posypką z suszonego grejpfruta i sosnowych igieł oraz marmoladą z opuncji i kiwi. Piwo świeżutkie, mega rześkie, zbalansowane, z podkreśloną, grejpfrutową goryczka. Na tę markę faktycznie warto polować (7,5/10). Potem zwróciłem się ku piwom marki Žil Verne. Ľadová Sfinga 14 to belgijskie ciemne z owocami – granatem, marakują, limonką oraz innymi, z kolei ponoć bez przypraw. Ale i tak pachnie jak becherovka zmieszana z rumem. Piernikowe, bakaliowe, delikatnie słodkoczekoladowe. W smaku przypomina grzane wino w formie piwnej. I niegrzanej of korz. Jest kokos, cynamon, kandyzowane owoce, przyprawy. Posmak jest już w końcu mocno owocowy. Dość chaotyczne piwo świąteczne, w zasadzie technicznie dobrze zrobione, ale nie pod mój gust (5,5/10). Pod mój gust była za to zdecydowanie Čierna India. Nuty żywiczne oraz cytrusowe, z delikatnym czekoladowo-palonym podkładem, wyczuwalnym acz nie narzucającym się. Delikatna lukrecja. Miękkie, zbalansowane, dzięki kremowej pianie punktujące również wyglądem. Rewelacyjna, sesyjna black IPA. Czyli piwo w jednym z najmniej popularnych stylów, wzorowo wykonane (8/10). 

Atmosfera miejsca nie zachęcała niestety do dłuższego posiedzenia. Z głośników huczało radio, głośno bucząca sprężarka dokładała swoje, a swąd kiszonej kapusty w powietrzu dopełniał całość, mimo otwartych na oścież drzwi, przez które do knajpy wdzierał się zimowy chłód. Miejsce fajnie położone, szkoda jednak, że nie do końca dopracowane.

Na pożegnalny obiad udaliśmy się do browaru restauracyjnego. Bratislavský Meštiansky Pivovar Dunajska to jedna z dwóch miejscówek tego bodajże najstarszego mikrobrowaru w stolicy Słowacji. Niemalże dekadę temu, za pierwszej bytności w Bratysławie, w głównej siedzibie w samym centrum zachwycałem się ich pilsem, więc moje oczekiwania były spore. Podwórze browaru jest połączone z parkiem składającym się w dużej mierze z niedbale wyrastających kępek trawy, flankowane jest z kolei patorysunkiem z panoramą Bratysławy. Powiedzmy jednak szczerze, że zimna, deszczowa i wietrzna aura miała swój udział w niekorzystnym odbiorze otoczenia. Wnętrze z kolei robi wrażenie. Jest to doinwestowana, podłużna hala ze spadzistym dachem, rurami biegnącymi u stropu, otynkowanymi na biało filarami, szeregiem tanków leżakowych z tyłu oraz podcieniami z jednej i czarno białymi fototapetami z drugiej strony. Połączenie klimatu obszernej piwiarni z nowoczesnym sznytem. Mi to spasowało.

Jedzenie na duży plus. Niestety zamówiłem więcej niż byłem w stanie zjeść, a to ze względu na hermelina, którego na koniec pobytu chciałem skosztować. Wprawdzie wolę hermeliny dojrzalsze, rozpływające się, ale i ten był niczego sobie, a papryczki którymi był ozdobiony naprawdę smakowite. Również gulaszem browar u mnie zapunktował. A jak piwa? Bratislavsky Ležiak był świeży, chlebowy, mocno żatecki, ze smakiem okraszonym ziołami oraz pełnoprawnie ziołowym, średnio gorzkim finiszem. Świetny pils bez śladu diacetylu (7,5/10). Gorzej wypadł Bratislavsky Bubak, mimo że właśnie to tmave uważane jest za najlepszy wyrób browaru. Piwo mocno karmelowe, pełne nut brązowego cukru, ziemiste, z akcentem kawy zbożowej. Nie było nadmiernie wyraziste ani ekscytujące – ot pijalne piwo stołowe (5,5/10).

Knajpa jest droga (ale Bratysława ogółem jest dość drogim miastem), niemniej jednak jako restauracja zdecydowanie się broni dzięki jakości podawanych potraw oraz pilsa.

Czas było wyruszać w drogę powrotną, będąc wdzięcznym za to, że Ania ma prawo jazdy i lubi prowadzić samochód. Bratysława dodatkowo utrwaliła się w mojej pamięci nie tylko jako fajne miasto z przyjaznym klimatem, ale i miejsce pełne świetnych knajp oraz dobrego piwa. Lokalny craft okazał się zaskakująco dobry, dodatkowo uzasadniający chęć powrotu w te rejony.

Takie marki jak Hellstork, Žil Verne, Wywar czy Unorthodox zdecydowanie są warte uwagi, zaś knajpy pokroju Craft B33r Gallery, Fabrika The Beer Pub, Dunajsky Pivovar (dla klimatu) czy najbardziej moim zdaniem udany Urban House to moja osobista czołówka nawet nie tyle bratysławska, co życiowa. Nie ma więc na co czekać – Bratysława powinna być na Waszym celowniku. Na moim jest nadal – za jakiś czas możecie się spodziewać kolejnej relacji z Bratysławy, tym razem z wycieczki słonecznym latem.

poprzednia część relacji:
Piwna Bratysława zimą, część 1

Žil Verne 3845270505974765608

Publikowanie komentarza

  1. Genialna relacja. Oby tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Śmieszna sprawa ale B33r Gallery już zamkniete, właśnie pocałowałem klamkę. Chyba miałeś szczęście odwiedzić te miejsce w jednym z ich ostatnich dni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj niedobrze... te fajniejsze knajpy w Bratysławie się zamykają. Ja tam jeszcze byłem rok po tej wyprawie, wyglądało na to, że miejsce jest popularne. Szkoda.

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)