Loading...

American IPA wunderbar?

Tak po prostu. Bo porzekadło głosi, że w kwestii opicia tym akurat stylem warto sięgnąć po sprawdzone wzorce zza Wielkiej Sadzawki. Jankeskie przede wszystkim, choć eksperymentalnie zakupiłem również kilka kanadyjskich. 34 piwa, w sporej mierze z renomowanych browarów, połowa z nich świeżo po rozlewie, z importów prywatnych, to całkiem obszerna próba Stichprobe, żeby zbliżyć się o krok do decyzji, czy te ipki zza Oceanu warto kupować, czy też nie bardzo.

Bodajże najniżej notowana w zestawieniu Full Sail IPApaya (alk. 6,2%) z Oregonu pachnie soczyście, jak herbatka z papaji oraz mango, w smaku jednak już soczyście nie jest – jest tylko słodko. Owoce nie narzucają się nawet w połowie tak bardzo jak w aromacie, stąd pojawia się przypuszczenie, że te owocowe nuty uzyskano uzyskano przynajmniej częściowo za pomocą sławetnych proszków instant. Dowodów nie mam, więc napiszę tylko, że piwo robi takie właśnie wrażenie. Jest przy tym nieco zawiesiste, za sprawą czego nie orzeźwia zbytnio i nie pije się go szybko, mimo że człowiek chciałby je mieć coraz szybciej za sobą, żeby móc się skupić na następnych. To jest chyba wystarczająca antyrekomendacja. (4,5/10)

Kanadyjski Head Stock z browaru Nickel Brook (alk. 6,5%) próbował mi obrzydzić dr Pokora, ale się nie dałem. Nie jest to jednak faktycznie IPA najwyższych lotów. Wyobraźcie sobie płytko odfermentowanego, niskoalkoholowego imperiala. Mamy więc sporą gęstość, wyraźną słodycz, no i zbyt słabą goryczkę. Profil chmielowy też nie jest do końca pod mój gust – mieszanina ananasowych cukierków, igieł sosnowych oraz garści trawy. Do gustu przypadła mi z kolei przyjemnie miękka faktura. No i mimo podwyższonej gęstości Head Stock ma jednak tę pijalność, której nie ma IPApaya. Dobre piwo. (6,5/10)

Drugie piwo kanadyjskie, Juicy Ass IPA z browaru Flying Monkeys (alk. 6,5%) radzi sobie podobnie, choć jest to zupełnie inne piwo. Bardziej wytrawne choć bez efektu przesterowanej goryczki, z profilem chmielowym łączącym naftę, czy wręcz diesla, delikatną zieloną cebulkę oraz wyraźne białe cytrusy. Piwo wcale nie jest takie soczyste, ale za to jest łacnie pijalne. Czy to jednak starczy na uzasadnienie wyższych kosztów za import ze śmiesznego kraju? Moim zdaniem nie. (6,5/10)

Już miałem w głowie ułożoną recenzję piwa Melvin IPA (alk. 7,5%). Miała brzmieć tak: „Kiedy już dojdę do wniosku, że żadna IPA nie jest w stanie wprowadzić mnie w błogi stan, nadchodzi coś pokroju Melvin IPA. Silny, soczysty bukiet pełen nut mandarynki, pomelo oraz melona miodowego, miękka faktura, bardzo wysoka pijalność – polecam bez zastrzeżeń!” Szkopuł w tym, że goryczka zaatakowała moje gardło w sposób na tyle łodygowy, że jednak zastrzeżenie jest, i to dość istotne. Szkoda swoją drogą, bo jest to jedyny oczywisty mankament tego obiecująco zapowiadającego się piwa. (6/10)

Kolejnym dobrze zapowiadającym się piwem z browaru Melvin z Wyoming jest Hop Shocker IIPA (alk. 8%). Silny aromat, w którym grejpfrut i pomelo przechodzą via żywica w rejony mango wspomagane pomelo skupia, ale i rozprasza uwagę – ciężko jest nie wychylić na dzień dobry kilku łyków, nie zagłębiając się zanadto w tajniki bukietu – to po prostu zbyt długo trwa. W smaku piwo jest troche mniej intensywne od flagowej ipy tego browaru powyżej, ale za to goryczka jest dużo bardziej przyjemna. Ciut słabsza, ale i zarazem daleka od łodygi. Wprawdzie pikantność chmielu daje się z czasem we znaki, ale jest to bardzo smaczna pozycja. (7/10)

Melvin 2x4 (alk. 9,9%) na szczęście ma więcej pałera od tożsamo nazwanego utworu metalowych dziadków z Bay Area i daje po nozdrzach likierem z żółtych cytrusów zmieszanym z syropem sosnowym i wtrętami ziołowymi. Alkohol w smaku wprawdzie czuć, ale jak na tak niebagatelny woltaż naprawdę nie jest źle. Również cierpkość w finiszu jest utrzymana na minimalnym poziomie, a piwo jest całkiem soczyste. Naprawdę fajna imperialna IPA, z jednej strony dość wytrawna, z drugiej – wbrew woltażowi – nie ostentacyjnie alkoholowa. Szanuję. (7/10)

Wprawdzie zarówno nazwa jak i kolorystyka puszki Mongo (alk. 8%) z Port Brewing są dość sugestywne, ale owoc mango w bukiecie gra tutaj rolę najwyżej trzecioplanową. Zamiast tego mamy tutaj trochę żywicy i całą plejadę soczystych cytrusów. Głównie pomarańczowych, czyli mandarynkę oraz pomarańczę jako taką, choć ku finiszowi robi się bardziej grejpfrutowo (z dopasowaną goryczką), a i pomelo można wyczuć. Jest trochę słodyczy resztkowej, balansowanej przez nieco suchą, ale wciąż przyjemną goryczkę, jest miękka faktura, jest i dobre zamaskowanie alkoholu. Świetna imperialna IPA, nie mam zastrzeżeń. (7,5/10)

Kolejna IPA z Port Brewing, czyli Dank & Sticky (alk. 8,5%) z serii Hop Freshener, faktycznie zgodnie z etykietą budzi lekkie skojarzenia z wunderbaumem, jako że profil jest wyraźnie sosnowo-żywiczny, mniej ziołowy, jeszcze mniej cytrusowy, zaś niecytrusowych owoców nie wyczułem w nim wcale. Spodziewałem się mocno zielonego profilu i taki dostałem. Spodziewałem się podkreślonej słodyczy, ale i silnej goryczki, i to też dostałem. Proste piwo, bez zbędnych ceregieli. Bardzo mi smakowało. (7/10)

Niby amerykańskie, a jednak trochę szwajcarskie. W każdym razie połączenie słodowo-cukrowych motywów z ziołowymi w imperialnym redzie G’Knight z browaru Oscar Blues (alk. 8,4%) kojarzy mi się z anyżkowo-koprowymi cukierkami szwajcarskimi. Powyższe jednak nie powinno odstraszać przeciwników chmielu Sorachi Ace, do których okresowo zalicza się niżej podpisany – chodzi nie o koperek, a o koper włoski. Problemem w tym piwie jest jednak ta słodowo-cukrowa część, która tutaj – prawdopodobnie wskutek utlenienia – kroczy w kierunku landrynkowym. Można spróbować skupić się na wspomnianych ziołowych, a także herbacianych aspektach, na nutach zahaczających o suszone czerwone owoce, ale jednak zmysły co i rusz powracają do powiązań cukierkowych. Plusem jest całkiem niezłe ukrycie alkoholu, co jednak nie zmienia faktu, że to piwo jest męczące. (4,5/10)

Luponic Distortion to seria ajp z browaru Firestone Walker. W edycji 006 (alk. 5,9%) wylądowało siedem różnych, niewymienionych z nazwy rodzajów chmielu, co zaowocowało zielono-cytrusowym bukietem. Zielony grejpfrut, limonka, cytryna, kiwi oraz agrest – jest ciekawie i bardzo aromatycznie. Różnica między intensywnością aromatu oraz smaku jest jednak na tyle wyraźna, że nie wykluczam zastosowania w przypadku tego piwa tanich, wiadomych aromatów. A jak już wydaję ponad 3 ojro za małą ajpę, to może nie płaczę od zubożenia, ale oczekuję jednak traktowania mnie jak dorosłego człowieka. Jakby nie było, piwo jest mało wyraziste smakowo. (5/10)

IPA z Ameryki, cztery tygodnie po premierze, w Europie? Das kann nicht sein! No chyba, że ma się wśród znajomych doktora Pokorę, który człowiekowi puszkę Dogfish Head Lupu Lau IPA (alk. 7,3%) przywiezie prosto z Kanady. W inkryminowanym piwie wylądował prażony kokos, woda kokosowa, a także nowatorski chmiel Loral. Kokos jest wyczuwalny, ale w formie równorzędnego dodatku, bez efektu dominacji. Jego charakter jest zbliżony do Bounty i na szczęście oddalony od Sorachi Ace. Lupulinowa część bukietu to dojrzały ananas, karambola, trochę ziół, lekka pieprzność i nutka z rejonów dojrzałego jabłka. W posmaku wyczułem akcent pokrewny truflom (sic!), wśród pozytywów trzeba również wymienić gładką teksturę piwa. Nie wszystko jednak w nim gra. Przede wszystkim trzeba podnieść kwestię frapującego braku korelacji między intensywnością aromatu a siłą smaku. Aromat jest dopieszczony, podczas gdy smak mało intensywny i uproszczony. Zaryzykuję podejrzenie o obecność w piwie aromatów, które, jak wiadomo, dają o sobie znać w zapachu dużo bardziej niż w smaku. Generalny wniosek jest więc taki, że jest nieźle, ale można to było zrobić lepiej. (6/10)

Zaskakująco dobrze z kwestią imperialności poradził sobie o dziwo Stone. Fear.Movie.Lions (alk. 8,5%) to słodziutka imperialna IPA z co najwyżej średnio mocną goryczką i co najwyżej średnio intensywnym aromatem i smakiem. To może nie brzmieć specjalnie pociągająco, jednak piwo przekonuje kompozycją, i to z naddatkiem. Otóż chmielowość typu cytrusowego, herbacianego, z delikatną nutą melona i karamboli przeszywa ciało wzdłuż i wszerz. Nie jest powalająco intensywna, ale jednak wszechobecna, że tak się wyrażę. Czuć ją w każdym zakamarku ust. W połączeniu z mięciutką fakturą oraz dobrze ukrytym alkoholem tworzy to świetne piwo. (7,5/10)

Podstawka Jai Alai, flagowej ajpy Cigar City, już wylądowała na blogu jakiś czas temu i mnie zachwyciła. Czas na Jai Alai White Oak (alk. 7,5%). Cudownie soczysty aromat, będący połączeniem dojrzałej pomarańczy, grejpfruta, mango, mandarynki oraz ananasa jest tutaj delikatnie doprawiony kokosem oraz wanilią dzięki dodaniu na leżak białej dębiny. Nie jest to intensywna beczka jak w Doom z Foundersa czy też Wormhole BA rodzimego Szpunta, ale jako całość bukiet gra świetnie. W smaku piwo jest niebywale soczyste, mam jednak wrażenie, że w porównaniu z podstawką goryczka jest odrobinę bardziej sucha, taninowa, co sugeruje dodatkowy wpływ drewna na całokształt, tym razem w postaci mniej pożądanej. Stąd też odejmuję pół punkta. Co oznacza, że wciąż jest to świetne piwo. (7,5/10)

Jeśli istnieje coś takiego jak klasyczna imperialna IPA, to Logical Choice (alk. 10%), wspólne dzieło AleSmith oraz Pizza Port, jest takim piwem. Masywne nachmielenie obraca się wokół tematyki białych i żółtych cytrusów (wręcz dając efekt miąższu w aromacie), żywicy (której mi w polskich ipach często brakuje) oraz bardziej subtelnego mango. Niestety, nie wszystko, co dobrze pachnie, jest złotem. Pokuszono się o głębokie odfermentowanie, co zaowocowało wątłym ciałem, przez które bez większych przeszkód przebija się ostry, wódczany alkohol. Piwo mocno grzeje, co akurat nie przeszkadza, ale zarazem wywołuje odruch obruszenia się, jak po kielonie Pana Tadeusza. Nawet bardzo mocne, soczyste nachmielenie nie jest w stanie wytłumić bimbrowatej natury tego trunku. Wraz z ogrzaniem piwo staje się stopniowo zdatne do konsumpcji, ale pozostaje niestety słabe. (4/10)

Nie ma co uciekać z Utah do Colorado. Escape To Colorado IPA (alk. 6,2%) z pewnością nie jest popisowym piwem Epic Brewing. Nachmielenie raczej stonowane, oscylujące wokół ananasa i herbatki cytrynowej. W smaku wręcz wodniste, średnio gorzkie. No i nuty miodowe mimo że piwo jak na import z ju es ej było stosunkowo świeże. Meh. (4,5/10)

To może zamiast ucieczki do Colorado jednak zostać w Kalifornii? Jak już, to nie z Move Clockwise, absolutnie niszowym piwem z mało znanego nawet w Kalifornii browaru Electric Brewing, piwa z browaru, o który się obecnie zabija cała Ameryka. Na śmierć. Wytrawne i soczkowate zarazem (czyli suchy finisz), połączenie nut chmielowych, wśród których prym wiodą cytrusy i zielona cebulka. Wywar mocno generyczny, a zarazem niezapadający w pamięć. Kolejna cebulipa. (5,5/10)

Mofosaic z nowojorskiego Sand City (alk. 7,2%) jest single hopem, ale niespodziewanie ciekawym. Duże ilości mandarynek, ananasa i suszonej moreli trafiają na irytujące pieczenie. Z jednej strony goryczka jest godna uwagi, szczególnie w relacji do obecnych norm, zaś soczystość zachowano. Z drugiej strony jednak jestem wyczulony na przechmielenie manifestujące się w sposób wżerający się w moj przełyk. Summa summarum jest dobre, ale spodziewałem się więcej, szczególnie przy cenie 45 zł za puszkę. (6,5/10)

Czikagoski Old Nation ma w swoim portfolio co najmniej dwie godne uwagi, wysoko oceniane ipki. Co ciekawe, producent sugeruje, żeby albo zostawić osad w puszcze albo puszkę kilka razy poturlać, żeby osad się równomiernie rozłożył. Cart Horse (alk. 7%) wypadł wyśmienicie. Soczyste, soczkowe, ale jednak piwo, z półwytrawnym finiszem. Aromat i smak są zdecydowanie zdominowane przez cytrusy – pomarańczę, pomelo i różowego grejpfruta, z domieszką mango i pomijalną nutką granulatową. Odczucie w ustach jest tyleż gładkie, co konkretne, przy czym mocno cytrusowe nachmielenie sprawia, że piwo mimo odczuwalnej pełni (ale zarazem nie odczuwalnego alkoholu) jest bardzo rześkie i zachowuje bardzo wysoką pijalność. Da się bez cebuli i bez pieczenia na podniebieniu? Da się. Tak więc brawo! (8/10)

Na tym samym poziomie wypadła ipka M-43 (alk. 6,3%) z tego samego browaru. Tutaj nawet szczątkowego granulatu nie ma. Jest za to klasyczne połączenie grejpfruta z żywicą, uzupełnione przez silne, soczyste nuty puszkowanej mandarynki i subtelne akcenty ananasa. Granulatu ni mo, jest ciut zielonej cebulki, na tyle, żeby nie przeszkadzała. Goryczki jest na tyle, żeby piwo nie było przesłodzone, pozostając jednak w soczkowym przedziale skali. Rewelacyjna IPA. (8,5/10)

Przejdźmy teraz do selekcji z browaru Bolero Snort.

Mam spory problem z piwami z laktozą. Otóż często browary nie znają umiaru w jej dawkowaniu, wskutek czego piwo daje po zmysłach czymś w rodzaju mlecznego cukru pudru. Tak się rzeczy mają w OVB (alk. 6,3%). Przy czym ten ‘orange cream pop IPA’ faktycznie robi wrażenie lodów waniliowo-pomarańczowych zaklętych w piwie. Albo jak pomarańczowe słodycze odpustowe po frontalnym zderzeniu z laktozowo-waniliowym bejzbolem. Wprawdzie słodycz nie jest zamulająca, a i zadbano o podkreśloną goryczkę, ale mimo to efekt końcowy jest zbyt mdły i cukierniczy jak na mój gust. (4,5/10)

Dodana skórka limonki wzmocniła i tak już mocno podkreśloną chmielową stronę piwa Fruity Pebbulls (alk. 6%), uzupełniając nuty przypominające guawę i karambolę. Częściowo ziołowy charakter skórki limonki dobrze się wkomponował w zielone motywy odchmielowe. Jako że piwo jest gorzko-kwaskowe, to w tym wypadku laktoza zadbała o przełamanie – nie ma jej na szczęście zbyt wiele i niczego nie dominuje, a i goryczka jest odpowiednio mocna, zalegająca, o charakterze skórkowym. Mały wyłom w temacie nielubianych przeze mnie milkszejków – ten faktycznie wyszedł fajnie. (6,5/10)

Chmiel nadaje ton w Bullyjuice (alk. 8,7%), imperialnej ipie doprawionej Galaxy, Denali oraz Mosaikiem. Bukiet oferuje całe spektrum cytrusów – od miąższu, przez skórkę, aż po pestki, całość jest mocno pomarańczowa, nieco gumisiowa, a przewijające się w tle nuty cebulki nie czynią piwu ujmy. Bardzo aromatyczne piwo z podkreśloną goryczką, choć z jednej strony alkohol udało się umiejętnie ukryć, ale z drugiej nadprezencja pikantności chmielowej z czasem zaczyna trochę wadzić. Dobre. (6,5/10)

Alkohol udało się również dobrze ukryć w Moophoric Trip (alk. 8,1%). Wprawdzie w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że pitahaja nie mogła dać piwu tak oczojebno czerwonej barwy, ale w sumie piłem kiedyś świeże smoothie z tego owocu i wyglądało podobnie. Piwo faktycznie pachnie jak cytusowo-jagodowo-waniliowe lody, natomiast owoc smoczy trzyma się w tle, jako że jest sam w sobie przecież raczej mdły w smaku. Mimo podkreślonej goryczki w finiszu robi się trochę pustawo, wskutek wanilii całość ma cukierniczy sznyt, zaś po wypiciu połowy zawartości puszki pikantność chmielowa robi się mocno irytująca. Niewypał. (4/10)

Najlepszym piwem z bolerosnortowego zestawu jest Bullhemian Rhapsody (alk. 6,7%). Cytrusy, marakuja, karambola, kiwi, jabłko, przede wszystkim jednak grejpfrut i pomelo – wachlarz nut, dostarczonych przez chmiele Simcoe, Amarillo oraz Idaho7 jest szeroki i smakowity. Goryczka jest bardziej east niż west coast, słodycz resztkowa trzyma się w ryzach, tak samo na szczęście pikantność chmielowa. Bardzo dobrze zrobiona IPA. (7/10)

Na koniec omówię skrótowo po pięć ipek z głośnych amerykańskich browarów. Świeżutkich, pitych około 2 tygodnie po rozlewie.

Głośnych i wysoko notowanych. Monkish to jedna z głównych twarzy stylu NEIPA, soczystość ma wpisaną w program. I co? I jajco. How About Molotovish Round 2? wypadło najlepiej. Wzorowo soczyste, cytrusowe, z nutami papaji, mango i skórki pomelo. Gęste a jednak rześkie. Cierpki alkohol w finiszu trochę popsuł zabawę, ale to piwo zdecydowanie ma potencjał na jeszcze więcej (7/10). Spock It wypadł gorzej. Rześko, cytrusowo, ale również wyraźnie cebulowo, a skojarzenia wędrowały również ku świeżemu czosnkowi, miałem więc w szkle cały zestaw siarkopodobnych nut warzywnych pochodzenia chmielowego. Rześkością na szczęście trochę nadrabiał braki (6/10). Conscience Be Free to ponownie połączenie cytrusów z cebulą, ale piwo jest bardziej soczyste i gorzkie od poprzednika, z sucho-wytrawnym finiszem. Szkoda, że chmiel wypadł trochę piekąco, żeby już abstrahować od wspomnianej cebuli. Ale ok, jest to dobre piwo (6,5/10). Most Is Most to kolejne piwo osiadłe w rejonach cebulowych, acz poza cytrusami mocno dawało przejrzałymi tropikami, głównie melonem. Niestety piwo jest zbyt pikantne moim zdaniem (6/10). Na poziomie bardzo dobrym wypadł Monkish Babbleship. Jest średnia goryczka, nie ma piekącej lupuliny, są niesamowicie soczyste cytrusy i tropiki, jest też niestety trochę cebuli, która przeszkadza, ale resztą piwo nadrabia (7/10). Czyli co? Myślę, że po tej próbie można zaryzykować stwierdzenie, że Monkish to browar podobnych do siebie piw, wybitnie chmielowych, zarazem jednak często piekących i/albo cebulowych. Złych? Absolutnie nie. Ale na pewno też nie wybitnych. Czy to jest ścisła czołówka światowego piwowarstwa ekstremalnie chmielowego? Mam szczerą nadzieję, że nie.

Lepiej wypadł browar Hill Farmstead. Choć zaczął gorzej. Double Citra to trochę zielonej cebulki, ale również sporo skórek cytrusowych. W smaku niezbyt intensywne, a jednocześnie irytująco piekące od chmielu. Jako tako (5,5/10). Mosaic wypadł ciekawiej – w cholerę cytrusów, trochę soczystych tropików, ciut cebuli, trochę więcej nafty, w smaku dodatkowo melona. I tutaj problemem jest pieczenie odchmielowe, ale reszta nadrabia (6,5/10). Difference & Repetition Citra Nelson Sauvin mocno daje olejem napędowym i cytrusami. Tropiki na poziomie minimalnym. Piwo jest bardzo wytrawne, bardzo pijalne i bardzo paliwo-kopalniane. Piłbym na drodze Route 66 (7/10). Society & Solitude #9 to kolejne piwo, które braki nadrabia resztą. Mocno naftowe, cebulowe, piekące na podniebieniu chmielinami, ale zarazem dosadnie cytrusowe i bajecznie soczyste. Generalne wrażenie jest bardzo dobre, bo to soczystość skupia na sobie zmysły (7/10). Najlepszym piwem z tego zestawu HF było Society & Solitude #10. Cebula zredukowana do minimum, pieczenie chmielu wyeliminowane, finisz wytrawny. Smak słodko-gorzki, mocno cytrusowy, trochę melonowy, z nutami marakuji. O tak, to mógłbym pić przez cały wieczór (7,5/10). Ogółem rzecz biorąc HF wypadł dobrze, a nawet bardzo dobrze, ale to nie jest moim zdaniem w takiej formie światowa czołówka.

No i mamy kłopot. Wyśmienite wrażenie zrobił na mnie browar Old Nation, poza tym pojedyncze ipki na poziomie oczekiwanym zaprezentowały browary Hill Farmstead, Bolero Snort, Stone, Cigar City, Monkish, Melvin oraz Port Brewing. Sporo piw wypadło poniżej oczekiwań, wliczając w to te świeże. Największym rozczarowaniem był dla mnie uważany za wzorowy browar Monkish. Pojawiały się problemy z niską intensywnością smakową względem aromatycznej, nachalnością cebulowych nut chmielowych, czy też lupulinowego pieczenia na podniebieniu. Czy gdybym zrobił przegląd 34 ipek z polskich browarów, dokooptując do zestawienia wyżej oceniane marki, wynik byłby inny? Myślę, że mógłby być nawet trochę lepszy.

slider 3665807237116114486

Prześlij komentarz

  1. Jeśli wziąć pod uwagę współczynnik cena/jakość to wypadną jeszcze gorzej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście. Przy czym za niektóre warto jednak wysupłać te 30-35 złotych. Trzeba jednak wiedzieć na które, no i mieć trochę szczęścia.

      Usuń
  2. M43 jest swietne. Ciezko bylo by znaleźć nasz kraftowy odpowiednik.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pełna zgoda. Zdecydowanie jedna z najlepszych ipek, jakie kiedykolwiek piłem.

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)