Loading...

Komunizm, beton i piwo – wieczór w Chemnitz

Chemnitz – sama nazwa tego miasta kojarzy się na pierwszy rzut oka z chemią, niezbyt pozytywnie. Jeśli człowiek jest świadomy poprzedniej nazwy Chemnitz, którą za czasów NRD było Karl-Marx-Stadt, no to przed oczami ma zasyfioną chemią i smogiem, brutalistyczną dziurę pełną bloków z wielkiej płyty i smutnych ludzi, z obowiązkowo szarym niebem zawieszonym permanentnie nad tą betonową otchłanią nędzy i niedoli. W zasadzie to nawet cieszyłem się, że wyjazd do Chemnitz wypadł mi akurat w dzień, w który silne wiatry gnały po Europie środkowej we wschodnim kierunku tabuny chmur, mocno poszarzając paletę barw otoczenia. Jak już retro-komunistyczny klimat, to na całego!

Chemnitz, którego miastem partnerskim w Polsce jest Łódź, w wielu zakamarkach internetu jest przedstawiany jako najbrzydsze miasto Niemiec. Jednocześnie w wielu innych zakamarkach jest chwalony jako miejsce do zwiedzania, aczkolwiek nie dla jego wiekowej architektury, której ponoć nie ma, tylko jego architektury industrialnej.

Żeby jednak zawczasu zaznaczyć, jaki ten Chemnitz jest faktycznie – tak, jest brzydki. Nie, nie jest najbrzydszym miastem w Niemczech. Bochum chociażby jest o wiele bardziej szpetny. Tak, jest mocno postkomunistyczny. Nie, nie brakuje mu ładnych miejsc ze starą architekturą. Tak, bywa ciekawy pod względem piwnym. I niestety nie – w Polsce nikt by pewnie nie pomyślał, żeby miasto o takiej powierzchowności zaliczyć do tych najbardziej brzydkich.

Zrobiłem sobie pieszą wycieczkę na dobrych parę kilometrów po centrum oraz wyjechałem komunikacją zbiorową na wiejskie przedmieścia, więc za chwilkę Was oprowadzę po tych brzydszych jak i ładniejszych miejscach w Chemnitz, rzecz jasna z piwem w dłoni.

Przyzwyczajony do raczej niskich standardów hotelarstwa we wschodnich Niemczech zupełnie mnie nie zdziwiło, że w klatce schodowej mojego lokum śmierdzi połączeniem gotowanej kapusty i końskiego łajna. Niezbyt mnie również zaskoczyło, że recepcjonistka hotelu jest chyba jeszcze kompletnie nieuświadomiona w temacie dezodorantów czy perfumów, czy wręcz podstawowej higieny osobistej; a może po prostu wiedzie bio-życie?

Po wyjściu z hotelu od frontu (parkowałem na podwórzu) stanąłem na opustoszałym deptaku rodem z Detroit pod szarym niebem. Po mojej lewej był wprawdzie wypicowany sklep spożywczy Edeka, przed nim jednak grupa bezdomnych z psami łoiła sześciopaki Radebergera na zapuszczonym trawniku. Zaraz obok znajdowała się nieczynna chyba, wyjątkowo obskurna, odrapana i zamknięta mini-budka z azjatyckim żarciem, a po drugiej stronie ulicy murale na blokach z wielkiej płyty próbowały nasycić szare otoczenie wyblakłymi kolorami. Klimat jak z Fallouta. Albo Bytomia. Nie no, nie przesadzajmy. Z Fallouta.

Udałem się od razu w drogę na północ, miałem bowiem na mapie nakreślonych kilka punktów, w którym spodziewałem się znaleźć coś estetycznie ujmującego. A droga była wyboista dla oczu.

Teoria wybitego okna mówi, że gdy jedno okno w opuszczonym budynku zostanie wybite, to kwestią krótkiego czasu jest wybicie pozostałych. I wstawiane nowych okien w miejsce wybitych nic nie da – będa wybijane na bieżąco. W Chemnitz trafiłem na przykład na fabrykę, którą próbowano delikatnie upiększyć gabionami, ale wysiłek został zniweczony przez miejscowych graficiarzy. Dali się we znaki również niektórym budynkom z czerwonej cegły, które przetrwały burzę Drugiej Wojny Swiatowej i powódź komunizmu. Nawet nowoczesne apartamentowce w tym mieście wyglądają poniekąd jak kwiatek przypięty do kożucha, zaś zachowane kamienice często nie mają żadnych zdobień, wyjątkiem od czego jest Auktionshaus. Smutne miasto zawieszone pod betonowo-szarym niebem. Czyli dokładnie ten klimat, którego szukałem!

Nie wszystek jednak zebrzydzion. W końcu dotarłem do stawu Schlossteich. Odradzająca się, wczesnowiosenna przyroda powiewała w wietrze w postaci kępek wysuszonej trawy nad sporych rozmiarów (jak na warunki miejskie) akwenem. W tle, na drugim brzegu stawu, wznosiła się dumnie najbardziej imponująca budowla sakralna Chemnitz, czyli Schlosskirche. Obok z kolei widoczna była najwyższa budowla całej Saksonii, czyli komin miejscowej elektrociepłowni. Tenże komin ma dwie cechy charakterystyczne. Po pierwsze – wysokość. 300 metrów robi wrażenie i tłumaczy, dlaczego widać go w zasadzie z niemalże każdego punktu miasta. Po drugie – jego skondensowana industrialność, szczególnie kiedy miarowo dokłada sporych rozmiarów chmurę do i tak już zaciągniętego, szarego nieboskłonu. Po trzecie – ten komin jest podzielony na kolorowe segmenty. Co za dnia robi wrażenie kiczowate, zaś w nocy staje się w pierwszym momencie trochę przerażające, szczególnie kiedy człowiek w stanie wydegustowanym lewituje w kierunku noclegowni. Rzecz w tym, że ten komin się świeci neonowo. Tak, cały się świeci. Każdy segment po zmierzchu wali w ślepia neonową barwą. Widok jest na tyle sugestywny, że nawet człowiek jak ja, czyli zasadniczo stroniący od „chemicznych” używek grzebie nerwowo w pamięci, czy może tego akurat wieczoru się nie złamał i nie wciągnął jakiegoś świństwa.

Powracając jednak do luterańskiej Schlosskirche i jej bezpośredniego otoczenia – jest to jedno z kilku naprawdę ładnych miejsc w Chemnitz. Przysadzisty, wysoki zbór robi wręcz warowne wrażenie, choć i schyłkowe – wraz z utratą krzyża wskutek protestantyzacji utracił z czasem bowiem jakiekolwiek znaczenie. Jest otoczony zielonymi polankami, od których odchodzą flankowane starymi willami, umojone dużymi drzewami aleje. Niedaleko dodatkowo można znaleźć kilka fachwerkowych budynków, co czyni tę okolicę wręcz ekskluzywną w swoim uroku. Miałem dobrą intuicję – to jest naprawdę ładne miejsce!

Dalszy spacer prowadził obok zrujnowanego, obsprejowanego pawilonu umieszczonego na wysepce na stawie nieopodal (klimat jak z katowickiego Parku Kościuszki 20 lat temu) w kierunku centrum. Zagęszczenie bloków z wielkiej płyty osiągnęło w pewnym momencie punkt krytyczny. Rzędy prostokątnych budowli następujących kaskadowo jedna za drugim czynią to miejsce faktycznie ewenementem na architektonicznej mapie Niemiec. Należy wszak nadmienić, że estetyka samych bloków jednak przewyższa zwyczajowy, pokrewny widok z polskich miast, towarzysze z Enerde najwidoczniej kładli nieco większy nacisk na estetykę otoczenia od naszych.

W samym centrum mieści się drugi pod względem wysokości budynek Chemnitz, czyli smukły, nowoczesny hotel Dorint. Jakieś 200 metrów obok tego pomnika kapitalizmu można z kolei znaleźć główny pomnik komunizmu miasta, czyli gigantycznych rozmiarów odlew głowy znanego antysemity Karola Marksa. Samo jego usadowienie, przy szerokim „prospekcie”, w otoczeniu bloków z wielikiej płyty, na tle gigantycznej soc-realistycznej płaskorzeźby wkomponowanej w mniejszą gabarytowo wersję katowickiej Superjednostki, czyni go chyba najbardziej ikoniczną budowlą komunizmu, jaką widziałem. Stylowo!

Stylowo podwójnie, zważywszy na ulicę z brzydkimi prostokątnymi pawilonami biegnącą prostopadle, ale i kontrastowo – kilkaset metrów naprzeciwko głowy Marksa stoi bowiem Czerwona Wieża (nazwa musiała spasować towarzyszom!), najstarsza budowla miasta. Wic polega na tym, że nie da się jej sfotografować, nie mając w kadrze jakiegoś nowoczesnego, kanciastego potworka. A dalszy wic jest taki, że naprzeciwko Czerwonej Wieży z kolei postawiono jakiś mały, afrykańsko wyglądający pomnik, który z braku laku nazwałem Pomnikiem Brzydkiej D*py. Przy czym zadem jest ten pomnik zwrócony w kierunku niegdysiejszego patrona miasta. Tyle poziomów (niechcianej?) ironii, że trudno mi to wszystko było ogarnąć.

Fortel z Czerwoną Wieżą powtórzono na miejscowym rynku. Co z tego, że podwójny ratusz jest piękny? Że stary, barokowy ratusz z czerwonym dachem i białą fasadą oraz nowy ratusz z przybrudzonego piaskowca w stylu art nouveau wespół są jednym z najbardziej imponujących kompleksów ratuszowych, jakie widziałem na żywo? Zaiste, co z tego, skoro w ich otoczeniu znajdują się całe trzy stare kamienice, wskutek czego musiałem obejść całość dwa razy zanim znalazłem miejsce, z którego mogłem strzelić fotkę bez jakiegoś (post)modernistycznego czy wręcz brutalistycznego budynku w kadrze? Przy czym szklana galeria Kaufhof vis a vis nowego ratusza to jest akurat bardzo ładny przykład tego typu budowli, tyle że w tym miejscu pasuje jak pięść do oka. Z kolei umiejscowiona po drugiej stronie rynku, ślimakowata bryła Peek & Cloppenburg to szkarada tout court. Niemniej jednak same ratusze to drugi ładny punkt do nawiedzenia na turystycznej mapie Chemnitz.

Jako że zgłodniałem, toteż udałem się na przystanek autobusowy. Komunikacja miejska zawiozła mnie na zachodnie przedmieścia miasta. Mijałem pustostany z powybijanymi szybami, zaśmiecone podwórka oraz nieestetyczne graffiti. To stare, odchodzące Niemcy. W pewnym miejscu, w odległości pięćdziesięciu metrów od siebie ujrzałem Beirut Cafe oraz lokal z tęczą na całą witrynę. To dwa oblicza nowych Niemiec. Symoblizują przejściowość obecnych czasów, bowiem na dłuższą metę kohabitacja nie jest możliwa. Kto wygra rywalizację cywilizacyjną? Chyba wiem.

Im dalej wgłąb prowincji, tym było ładniej. Mijałem stare, fachwerkowe stodoły, zrujnowane murowane budynki gospodarcze oraz pojedyncze zielone uliczki z ciągami starych, zamieszkałych willi. Ten wiejski aspekt Chemnitzu jest całkiem urokliwy. I pośrodku tej chemnitzowej prowincji znajduje się browar Reichenbrand.

Właśnie, Reichenbrand. Co to znaczy po polsku? Ano Marysia. Rozum podpowiada, że Pożar Rzeszy (he he), ale podniebienie uporczywie woła „Marysia!” Tak musi być, bowiem zauważyłem poniewczasie pewne frapujące podobieństwo między szczyrzyckim browarem restauracyjnym a tym w Chemnitz, który miałem okazję odwiedzić. Otóż w Marysi warzy kilku polskich kontraktowców, między innymi Brokreacja. I te piwa kontraktowane potrafią w Marysi wyjść bardzo dobrze, pojedyncze są wręcz rewelacyjne. Jednocześnie portfolio własne Marysi to wypełniona po brzegi wadami bida z nyndzą. No i w przypadku Reichenbrandu mamy taką sytuację, że warzone są tutaj kontraktowo piwa marki Ritterguts. Nieobeznanym w temacie, gwoli wyjaśnienia – Ritterguts Gose to starej daty, najbardziej klasyczne gose niemieckie. W pewnym okresie, przed nastaniem nowej fali bodajże jedno z dwóch tradycyjnych niemieckich gose, które wciąż były warzone (drugim jest to produkcji lipskiego Bayerischer Bahnhof, fantastyczne swoją drogą). Poza sztandarowym gose pod marką Ritterguts można znaleźć na rynku różne wariacje na ten temat, między innymi gose bocka czy „spezial gose” z dodatkiem bergamotki. Spodziewałem się więc co najmniej solidnego browaru.

Tymczasem położony w tej części Chemnitz, która oparła się industrializacji browar z 1874 roku to właśnie taka marysiowa bida z nyndzą. Sporych rozmiarów bida, no bo nie jest to li tylko browar restauracyjny, wyroby Reichenbrandu można z łatwością spotkać w okolicznych getrenkemarktach. Wystrój to jasne kafle, jasne drewno, piec kaflowy, sztuczna zieleń, jakieś losowe bibeloty piwne oraz półokrągły bar z nie do końca zainteresowaną klientem obsługą. Jako że nie jest to typowy browar restauracyjny, toteż część produkcyjna jest oddzielona od części wyszynkowej. A szkoda.

Lokal wydaje się być popularny – w sobotnie popołudnie wszystkie stoliki były zarezerwowane, siadłem więc przy barze i jąłem się zaznajamiać z miejscowymi piwnymi gniotami. Helles był co prawda trochę jabłkowy, ale i trochę chlebowy, z minimalnie wyczuwalnym masłem. Ziołowa nuta chmielowa i goryczka jak w bawarskim pilsie wygładzały jednak niedostatki. No prawie, bo starego chmielu to jednak nie jestem w stanie w takim piwie wybaczyć. Ser lubię poza piwem, w piwie już nie (3,5/10). Co do Classic Pilsa, to browar chwali się, że występuje w jakiejś książce pt. „100 najlepszych piw świata”, napisanej przez jakichś dwóch ważniaków, którym w przeciwieństwie do mnie chce się dobijać do drzwi jakichś nikomu nieznanych wydawnictw, żeby ich elukubracje wydrukowano. Wyraźnie jabłkowe/aldehydowe piwo, ziołowo-metaliczne od chmielu. Lekkie, z goryczką lekką do średniej. Jako stołowe piwo jest w porządku, choć gdybym wiedział, że niczego lepszego tutaj już nie wypiję, to opuściłbym lokal w pośpiechu (5,5/10). Podejrzanie klarowny Kellerbier to klasyczna margaryna, bo nawet nie masło. Ot, postawiona na kilka dni poza lodówką Rama uzupełniona o nutkę słodową i lekką goryczkę. No i powtarza się cheetosowy motyw starego chmielu z Hellesa. Syf (2,5/10).

W międzyczasie wszamałem krem z ziemniaków z parówkami, który był ledwie jadalny, i to tylko dlatego, że byłem głodny, potrzebowałem podkładu i szkoda mi było kasy. Ten ostatni argument okazał się języczkiem u wagi.

Mimo wydanych ojro jednak bardziej szkoda mi było mojego zdrowia niż euraczy, kiedy postawiono przede mną Dunkela. Reklamowana jako „Chemnitzer Craft Beer” abominacja wskazuje na problemy z higieną w browarze. Tyle tylko, że zamiast bandaży piwo jechało na ostro spleśniałym korkiem. Poza tym pomniejszy występ dały metal, karmel oraz aldehyd octowy. Żenada (1,5/10). Weizen wyszedł im goździkowo w podkręcony, wręcz przesterowany sposób, narzucający skojarzenia z chlorowanym basenem. Poza tym trochę siarki i cytrusów oraz minimalne estry, również aldehyd. Słabe (4/10). Z Red Ale zrezygnowałem, bo bałem się otrucia.

Traf chciał, że krótko po powrocie do domu miałem sposobność wychylenia Ritterguts Spezial Gose, warzonego w Reichenbrandzie. Z doświadczenia wiem, jak niestabilny jest to browar również jako użyczający swojej mocy kontraktowcowi – Bärentöter Gose-Bock był wyśmienity, zaś podstawowe Ritterguts Gose, jakie mi się kiedyś trafiło, było zgoła niepijalne. Spezial-Gose jest według producenta „German sour wit gose”, co przekłada się na to, że poza kolendrą i solą w piwie wylądowała bergamotka. Istotnie piwo jest nieco bardziej cytrusowe od szeregowego gose, choć główny ton nadaje w nim kolendra, wywołująca zwyczajowe skojarzenie z sokiem z białego grona. W połączeniu z bergamotką piwo trąci herbatką cytrynową, a przy okazji jest wzorowo kwaśne, rześkie i pijalne. No i bardzo subtelnie słonawe. To i nawet subtelna siarka nie przeszkadza – jest to w rzeczy samej świetne piwo i zagwozdka na tle macierzystych piw browaru Reichenbrand (7,5/10).

Co ciekawe, na miejscu w browarze nie było w ofercie piw marki Ritterguts. Jednocześnie lokal był pod koniec mojej w nim bytności pełny, mimo że pierwszy lepszy niemiecki koncerniak w pierwszej lepszej knajpie byłby smaczniejszy od tego łajna, które warzą w Reichenbrandzie. Nie rozumiem ludzi, no ale nie jest to akurat nic nowego.

Powrót autobusem do centrum w obecności młodych Niemek pijących zeskunksiałe radlery, których woń wypełniła przednią część pojazdu, ukazał mi miasto po zmroku. Silnie doświetlone, najwidoczniej całkiem zabawowe sądząc po liczbie klubów, pełne młodych ludzi. Zaobserwowałęm, że młodzi Afgańczycy integrują się z miejscową zblazowaną młodzieżą puszczając trzecioligowy bieda-rap na pierdzących JBL-ach. Nie wiem, czy o taką integrację chodziło, no ale niech będzie.

Vis a vis Nowego Ratusza, na parterze galerii handlowej, mieści się drugi browar w Chemnitz, Turm Brauhaus. Knajpa o tradycyjnym wystroju utrzymana w ciemnych, ciepłych barwach i przynajmniej sobotniej nocy o wyjątkowo żywotnej atmosferze. Trzypoziomowe wnętrza pękały we szwach, częściowo pewnie z powodu tygodni alzackich, w ramach których old skulowy piec wypluwał z siebie z wysoką częstotliwością flammkucheny vel alzackie podpłomyki. Jako że swąd spalonego ciasta unoszący się w lokalu był jednak demotywujący odnośnie okazjonalnego specjalu, to zamówiłem jednak golono, bardzo dobre zresztą.

Odnośnie wspomnianego pieca, to domykanie poziomych drzwiczek za pomocą elastycznej rajstopy owiniętej wokół uchwytu, blokowanej za pomocą kamienia na piecu, to typowy slavic engineering, co nie powinno dziwić akurat w tej części Niemiec, z jej bogatą słowiańską przeszłością. Innym akcentem może nie tyle słowiańskim, co wschodnioeuropejskim była jedyna ładna kobieta, jaką tego dnia ujrzałem w Chemnitz. Trudniła się zmywaniem talerzy i przynoszeniem ich w rejon otwartej kuchni obsługiwanej przez sześciu kucharzy. Skądś tę blondynkę o nieco skośnych oczach, tatuażach na rękach i wschodnim akcencie kojarzyłem. Nasze spojrzenia spotkały się i chyba rozpoznałem – otóż w Turm Brauhaus prawdopodobnie zatrudnienie znalazła Cindy Hope po zakończeniu swojej kariery zdjęciowo-filmowej. Jestem tego całkiem pewien. Możecie sobie guglować, a jako że tylko winny się tłumaczy, to śpieszę wyjaśnić, że kojarzę dziołchę z uwagi na to, że jednym z moich fakultetów jest kulturoznawstwo, to i musiałem być żywo zainteresowany głównymi nazwiskami przemysłu rozrywkowego Węgier. Serio musiałem.

Atmosfera była mocno zabawowa, ale i inkluzyjna, rodzinna. W takim miejscu można by i cały wieczór przesiedzieć z ekipą, szczególnie że zabiegana obsługa trzymała fason i była nastawiona na porozumienie z klientem, a nie na konfrontację.

Piwa warzone w instalacji wyeksponowanej na parterze fermentują i leżakują w przeszklonych pomieszczeniach w piwnicy, vis a vis zmywaków, dokąd trzeba się udać, chcąc skorzystać z instalacji sanitarnych. Ewentualne skojarzenia kiblowe odnośnie piwa nie znajdują pokrycia w rzeczywistości – piwa z Turm Brauhaus są lepsze od tych z Reichenbrandu, choć nie jest to żaden wyczyn. Turmbräu Helles to lekko słodowe piwo wpadające częściowo w klimaty kukurydziane, z delikatną nutką ziołowo-cytrynawego chmielu w posmaku oraz delikatną goryczką. Jako tako to działa (5,5/10). Turmbräu Kupfer to melanż karmelu, skórki chlebowej i rodzynek, w posmaku dodatkowo uzupełniony o nutę kawy zbożowej. Wszystko na niskim poziomie intensywności, tak więc wadliwe nie jest, pić się da, ale poza średni poziom nie wystaje (5/10). W ramach serii craft beer w browarze uwarzono między innymi Koppbocka, chmielonego na zimno Smaragdem. To chmielenie jest faktycznie wyczuwalne – kwiatowo-ziemiste, delikatnie owocowe nutki udanie przełamują karmelowo-miodowy trzon piwa. Mimo efektu landryny to miodowość – zaplanowana, jeśli wierzyć zapewnieniom producenta – dominuje. Jak na jasnego koźlaka jest to naprawdę niezłe osiągnięcie (6/10).

Jubileuszowego piwa 875 nie było już w browarze, znalazłem je jednak nieopodal w sklepie Rewe, gdzie zakupiłem z uwalonej rozlanym piwem, klejącej się palety jedną butelczynę. Ten stan rzeczy, że mianowicie browar już nie miał, a miejscowe sklepy miały na stanie albo świadczy źle o browarze albo dobrze o tych sklepach albo źle o klientach browaru albo źle o browarze. Możliwości jest wiele, tymczasem skupmy się na piwie 875, uwarzonym na 875-lecie browaru mieszczącego się w dwudziestoletniej galerii handlowej. Nie no, żartuję – chodzi o 875-lecie miasta Chemnitz, ale narracja całkiem wporzo, nieprawdaż? Nie wiadomo, co w tym piwie jest nadzwyczajnego. Etykieta głosi, że zostało uwarzone ze „specjalnych” słodów oraz doprawione chmielem z Hallertau. Mój egzemplarz był utleniony na modłę miodową i lekko landrynową, czym przypominał bocka, tyle że w jego przypadku nie było to zapewne zamierzone. Ziołowe przebłyski chmielowe stanowiły jeno kwiatek do kożucha. W smaku utlenione, delikatnie słodkawe, mocno wodniste, ze śladową goryczką. Rzecz jasna utlenienie spowodowało jego dodatkową deteriorację, aczkolwiek uważam za mocno wątpliwe, czy w wersji świeżej było więcej niż tylko śladowo lepsze. (3/10)

Piwo wypiłem już w moim śmierdzącym hotelu, do którego dotarłem kwadrans po opuszczeniu browaru. Zapowiadane na wieczór tego dnia stukilometrowe powiewy w końcu się zmaterializowały, w związku z czym do noclegowni miałem okazję podążyć pieszo nie na podwójnym, a na potrójnym gazie. Minąwszy wykruszającą się na rynku międzynarodową patomłodzież po kilku chwilach znalazłem się w trzecim naprawdę ładnym miejscu w Chemnitz. Theaterplatz to elegancko wybrukowana, sporych rozmiarów przestrzeń z piękną operą na wprost, flankowana z jednej strony starym kościołem, a z drugiej ładnym pałacem. Można wprawdzie powiedzieć, że to miejsce jest jednym z nielicznych reliktów starych czasów na brutalistycznej pustyni, ale jest w pewnym sensie odizolowane od reszty, a czyż pustynia z oazą pośrodku naprawdę musi być zła?

Żeby jednak nie było tak do końca negatywnie pod względem piwa, w hotelu obaliłem flachę zakupionego w Zagłębiu Ruhry Sudden Death Tough Guy Ale (alk. 5,9%). Chłopaki są uważani za jedną z jakościowych gwiazd niemieckiego craftu i faktycznie to piwo im wyszło. Mocno chmielowy konglomerat puszkowanej mandarynki, róży przechodzącej w anyż i żywicy, wchodzi lżej niż przy takim woltażu powinien. Goryczka trzyma się w ryzach i co prawda nie jest to aromatyczny kop prosto w twarz, ale przekonuje w pełni ułożeniem oraz pijalnością. No i profil chmielowy mi wyjątkowo spasował. Chętnie się napiję od nich więcej. (7/10)

Odnośnie Chemnitz – koncentrując się na jasnych punktach na mapie miasta, nie jest to nadmiernie brzydka miejscowość. Na tle innych niemieckich miast faktycznie mało imponująca, ale ze względu na zderzenie pozostałości starej architektury z komunistycznym uprzemysłowieniem i wiejskimi klimatami na zachodzie bardzo ciekawa. No i pod betonowo szarym sklepieniem zdecydowanie klimatyczna. Browarów nie polecam, sugeruję obiad w Turm Brauhaus i jakiegoś lepszego koncerniaka gdzieś indziej. Samo miasto z kolei polecam kiedyś odwiedzić, szczególnie że znajduje się przy magistrali prowadzącej do Bawarii, ale i Francji oraz Belgii.

piwny Chemnitz 2319926147354767527

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)