Loading...

Wzrok Bazyliszka

Z Bazyliszkiem miałem do czynienia póki co raczej sporadycznie, przy okazji wypadów do multitapów i na festiwale piwne, wciąż jest to bowiem browar zorientowany głównie na rozlew do kegów, które to na południe kraju trafiają bardzo nieregularnie. Jest znany z paru rzeczy. Z przejęcia pierwszej instalacji po Artezanie, z kontrowersyjnych nazw piw i etykiet, z kreatywności piwowarskiej, z fast foodowych firmowych multitapów Piw Paw, a początkowo również z nie zawsze udanych piw. Z jakością ponoć z czasem było coraz lepiej, co z okazji rzadkich, losowych prób podejmowanych w przeciągu trzech ostatnich lat jestem w stanie w ograniczonym zakresie potwierdzić. Niedawno browar skontaktował się ze mną, czego efektem przesłanie 16 piw do testów. I to jest już selekcja na tyle obszerna, że na jej podstawie można się pokusić o diagnozę obecnego stanu browaru. Sprawdźmy więc.

Na pierwszy ogień poszła gruba Berta, znaczy się Gruba Kaśka (ekstr. 16%, alk. 5,5%). Za piwami dyniowymi nie przepadam, ale doceniam, kiedy są poprawnie zrobione. To tutaj pachnie klasycznie jak ciasto z dyni, czyli słodko-pikantnie z dosadną dawką cynamonu oraz goździków. W połączeniu ze średnio podkreśloną pełnią faktycznie powstaje wrażenie spożywania ciasta dyniowego w postaci piwa. Nie jest z całą pewnością przesłodzone, słodycz jest tylko lekka, goryczka w pełni ją kontruje. Grzanie gardła jest powodowane obecnością cynamonu, aczkolwiek w trakcie picia nie powstaje wrażenie przerostu pikantności. Jako rzekłem, nie przepadam za pampkin ejlami, ale tutaj naprawdę ciężko jest się do czego przyczepić. Dobrze wykonana robota. (6,5/10)

Sahti nie zadomowiło się na dobre na polskim rynku, pozostaje więc niszą w niszy w niszy. A szkoda, bo taki Biały Jeleń (ekstr. 18,4%, alk. 7,1%) to bardzo fajne piwo. Nieco zawiesiste, drożdżowe, z nutami cytrusów i gumy balonowej, ziołową goryczką i wyraźną iglakowością szczególnie w smaku. Goryczkę podbito względem gatunkowej normy (jest to wszak hoppy sahti) i generalnie wszystko tutaj dobrze ze sobą gra. Szczególnie posmak wiązek iglaków przypadł mi do gustu. Bdb. (7/10)

O ile mnie pamięć nie myli, American Psycho (ekstr. 15,5%, alk. 6%) był pierwszym piwem Bazyliszka. AIPA z dodatkiem piołunu, wyszła na świat wtedy, kiedy jeszcze miałem postanowienie skosztowania każdej polskiej ipy. No i wtedy, te pięć czy sześć lat temu, było to jeszcze do zrobienia. Kiedyś amerykański psychol był bardzo dobry, obecnie jest jeszcze lepszy. Mętny niczym nju ingland, pełny w smaku, lekko cytrusowy, wyraziście ziołowy, piołunowy, ze ściągającą na ziołową modłę, ale nie nadmiernie suchą goryczką. Ma intensywność smakową nowomodnych ajp, mimo że jest w bukiecie gruitowo staroświecki, no i oldskulowo gorzki. Należę do ludzi, którzy bardzo lubią piołun, toteż i w tym całkowicie niekarmelowym trunku znalazłem swoje upodobanie. Oba kciuki do góry, świetne piwo. (7,5/10)

Nie spodziewałem się niczego szczególnego po Multiwitamince (ekstr. 12,5%, alk. 5,5%), piłem już bowiem bodajże dwa razy kwasy z Bazyliszka z kranu i nie zachwyciły. No ale tutaj ponownie – nie ma się do czego przyczepić. Wyraźna kwaśność, a przede wszystkim soczystość czerwonych owoców sparowana z brettowymi nutkami w tle. Pełno tutaj malin, jeżyn czy porzeczek, zaś bretty nadają na modłę wiśniową, jest pełnia smaku i delikatna zawiesistość kontrowana wspomnianym kwaskiem. Piwo jest wzorowo soczyste i wzorowo rześkie. Jeden z lepszych polskich kwasów, jakie piłem. (7,5/10)

MamGo! (alk. 5%) piłem pierwszy raz na Poznańskich Targach Piwnych i bardzo mi przypadło do gustu. Mimo że milkszejki uważam za piwną abominację, to ten akurat milkszejk ma sens. Bo ma pazur. O przesłodzeniu nie ma tutaj mowy, goryczka jest dosadnie podkreślona, zaś jednocześnie piwo jest soczyście owocowe, a także gęstawe dzięki dodatku przecieru z mango. Poza tym jest też chmielowe, choć na szczęście uniknięto rozbrykanej chmielowej pikantności, której ofiarą padły ongiś mangowe piwa AleBrowaru i Artezana. Właściwie nie miałbym żadnych zarzutów, gdyby nie delikatna siarkowość. Może nie przeszkadzająca zanadto, ale wciąż stanowiąca lekką skazę. Podobny feler zdarza się swoją drogą Pracowni Piwa (Tango z Mango), można więc powiedzieć, że polskie piwa z dodatkiem tego owocu mają pod górkę. To tutaj jest mocno pijalne, szybko znika ze szkła, a zarazem jest pełne smaku. Gdyby nie siarka, byłoby rzecz jasna jeszcze lepiej. (6,5/10)

Gorzej wypadła imperialna IPA o nazwie Seryjny Samobójca (ekstr. 15,5%, alk. 6%). Piwo jest cieliste, wręcz gęstawe. Słodkie, z podkreśloną goryczką, która jednak musi uznać wyższość duumwiratu ciała i słodyczy. Bukiet przypomina przecier z lekko przejrzałych żółtych owoców (pomyślcie o żutej zbyt długo gumie juicy fruit), co tylko uwypukla wrażenie obcowania z raczej mdłym piwem. Można to było zrobić lepiej. (5/10)

Scotch Strong Ale Jack Daniels Whiskey BA (ekstr. 23,9%, alk. 10,5%) spędził w tytułowej beczce okrągły rok, więc w sumie nie dziwi, że rezultat pachnie nie jak piwo, a właśnie jak bourbon. Esencja kokosowo-waniliowej białej amerykańskiej dębiny doprawiona melasą i szlachetnym alkoholem, z delikatną słodko-gorzką nutką cytrusową. W smaku piwo jest gęstawe na początku, cierpko-wytrawne w finiszu i na wskroś drewniane. Jak w niektórych polskich piwach BA można się przyczepić do tego, że drewno zdominowało całość – co nie dziwi, zważywszy że w odróżnieniu od RISa taki scotch ale nie dysponuje wybitnie bogatą, intensywną słodowością – ale całościowo to działa. Po ogrzaniu robi się zresztą ciekawiej. Lekko owocowe podszycie piwa wychodzi na wierzch i w połączeniu z dębiną tworzy efekt obcowania z tytoniem fajkowym, i to takim z dodatkiem wanilii oraz wiśni. Piwo ujawnia swoją drugą twarz, która jest znacznie ciekawsza od i tak porządnej pierwszej. Skojarzenie tytoniowe nabiera na sile i staje się w końcu dominujące. Bardzo doceniam piwa, które w miarę picia się rozwijają. Uwagę mam tylko do wspomnianej cierpkości haczącej o kwaśność, która w rejonach gardła redukuje ciało praktycznie do zera, wskutek czego piwo gorzej kończy niż zaczyna. Poza tym jest oryginalne i zdecydowanie warte spróbowania. (7/10)

Kaczka Trojańska (ekstr. 18,5%, alk. 8,5%), whisky bourbon golden ale, już na starcie serwuje nam wzbogaconą o nuty pomarańczowe drewnianą, nieco waniliową klepkę zamiast zwyczajowego dla beczek po bourbonie kokosowo-waniliowego melanżu, zgaduję więc, że w tym wypadku użyto wiórów z beczki miast beczki jako takiej. Jako że wyczuwalne jest również charakterystyczne toffi, całość jest mocno zbliżona do najbardziej klasycznego piwa ze szkockiej serii Innis & Gunn. W smaku okazuje się, że Bazyliszek ma nad Innisem jednak dwie przewagi – jest bardziej cielisty, a zarazem bardziej gorzki. Sporo się tutaj dzieje, drewno robi robotę, a całość jest mocno degustacyjna. Wyśmienite piwo. (8/10)

Jeśli po którymś piwie z tego zestawu nie spodziewałem się niczego dobrego, to po Wczasach pod Gruszą (ekstr. 13%, alk. 5,7%). Saison z dodatkiem soku z gruszki – nie kleiło mi się to. Tymczasem piwo pachnie połączeniem intensywnego soku z gruszki z saisonową korzennością, białym gronem i delikatną słodowością. Słodki zapach nie idzie w parze ze słodkim smakiem – ten drugi bowiem jest kwaskowo-wytrawny, co w połączeniu z dominantą smakową w postaci nut jasnych owoców daje niespodziewanie efekt końcowy zbliżony do gazowanego wina białego. Nie znam się kompletnie na szczepach winogron, ale już kilka razy w życiu piłem coś podobnego, dającego gruszką. Doceniam koncepcję tego piwa – jeśli w istocie wyszło zgodnie z oczekiwaniami. Jestem na tak. (6,5/10)

Wbrew nomenklaturowym skojarzeniom, RIS o nazwie Rafineria (ekstr. 21,5%, alk. 8,4%) nie capi ropą naftową ani innym tałatajstwem. Jest za to pierwszorzędnym RISem, o jakie na polskim rynku jest póki co trudno. Czekolada deserowa, paloność, dosadna dawka chmielowych żywic i cudowne owoce leśne wyznaczają tutaj trajektorię. Piwo jest mocne, dosadne, wręcz agresywne. Fani cielistych a zarazem słodkich stoutów imperialnych nie znajdą w tym wypadku chyba niczego dla siebie, bo Rafineria jest stosunkowo smukła, a przy tym bardzo agresywna, z potężną palono-chmielową goryczką. To jest bardzo dobre piwo, którego jedynym minusem było lekkie przegazowanie. (7/10)

W nurt o nazwie „pastry stout” wpisuje się Sen o Warszawie (ekstr. 16,7%, alk. 6,6%), waniliowo-czekoladowy stout mleczny. I to, jak zakładam, bez uciekania się do aromatów. Piwo jest gęste i gładkie, słodkie ale nie przesłodzone, no i wybitnie czekoladowe. Właściwie to smakuje jak rozpuszczona masa czekoladowa z dodatkiem wanilii. Książkowo deserowy stout, który jednak nie zalepia. Bardzo smaczna pozycja. Piłem ją swoją drogą już kiedyś i była nieudana, cieszy więc, że browar faktycznie potrafi podnosić jakość swoich wyrobów. (7/10)

100% peated tripel – to brzmi intrygująco, a zarazem niezbyt zachęcająco. Wściekła Kaczka (ekstr. 19%, alk. 9%) jest bardziej torfowa w aromacie i bardziej triplowa w smaku. Z jednej strony mamy więc żółte owoce, grono i cytrusy, które są wyraźniejsze w smaku. Z drugiej mamy ekstremalną jodynę, rządzącą w zapachu. Aromat wojny i zachlapanego żołnierską krwią sprzętu wojskowego. Połączenie dziwne, gryzie się, choć nie aż tak mocno, jak się tego spodziewałem. Niemniej jednak nie jest to moja broszka. (4,5/10)

Zgaduję, że piwa z serii Royal Saison BA to oko w głowie Bazyliszka, sądząc po nietypowych butelkach zwieńczonych kapturkami termokurczliwymi. Royal Saison Cabernet Franc BA (alk. 8,9%) nie pachnie jak typowy saison. Pachnie jak winna, winogronowa, korzenna, lekko waniliowa… wiśnia. Jeśli jeszcze nie wiecie, w którym kościele dzwoni, to podpowiadam, że całość bardziej niż jak saison pachnie starym dobrym flandersem, dzięki podkreślonej obecności czerwonych owoców oraz przyjemnie plumkającym w tle brettom. Flandersem, tyle że właśnie wiśniowym, korzennym i bardziej goryczkowym. Jest to kolejne piwo, które opowiada historię, niby jest bowiem saisonem, ale beczka zmieniła je nie do poznania. Na dobre. A nawet na świetne. (7,5/10)

Royal Saison Merlot BA (alk. 8,9%) jest piwem wyraźniej naznaczonym aromatami drewna i wanilii, bardziej gorzkim, cierpkim, wręcz taninowym, z finiszem wprost przypominającym wytrawne wino z dodatkiem korzeni. Pomijając wspomnianą, dosadną winność, owocowość jest zdecydowanie mniej czerwona, można za to wyczuć żółte owoce – brzoskwinię, antonówkę i gumę Turbo, co nasuwa wniosek, że piwo bazowe jest w tym wypadku mocniej obecne. Nut dzikich w tym wypadku nie wyczułem, zaś drewnianość nasuwa skojarzenia bardziej z płatkami dębowymi niż z beczką. Piwo jest podobnie aromatyczne i degustacyjne co wersja Cabernet Franc. Kolejna jakościowa pozycja w katalogu. (7/10)

Jako następne sprawdźmy piwo z przesłaniem, czyli HWDP (ekstr. 24,4%, alk. 8,9%). To przesłanie nie godzi rzecz jasna w policję, a głosi jedynie, że piwo, którego akronim oznacza „hoppy wheat double porter” w istocie jest imperialną black ipą na świetnym poziomie. Polską imperialną black ipą, a więc z mocniej podkreśloną słodowością względem zagranicznej konkurencji, wciąż jednak jest to ukłon w stronę fanów tego stylu, a nie miłośników portera. Paloność, intrygujące nuty borówek, gorzka czekolada i dosadne, cytrusowo-żywiczne nachmielenie – to się nazywa w pełni zadowalający bukiet. Z jednej strony mięsiste ciało i nieco gęsta konsystencja, z drugiej wyraźna goryczka. Stęskniłem się za tym jednym z moich ulubionych, a zarazem najmniej popularnych stylów piwnych. Piłbym jeszcze. (7,5/10)

Na koniec zostawiłem sobie tradycyjnie piwo o najwyższym ekstrakcie. Halo, Moskwa? Tu Jamajka! (ekstr. 29,4%, alk. 11%) jest RIS-em leżakowanym w beczce po rumie. Pachnie intrygująco. Czekoladą gorzką, a bardziej nawet ciastem z gorzkiej czekolady (pomyślcie o lava cake), waniliowym drewnem, delikatnym kokosem (rum jest leżakowany w tej samej białej dębinie co bourbon, stąd i podobieństwa), szlachetnym alkoholem. W smaku jest spodziewane ciało, spodziewana głębia, do układanki dochodzą również nuty kawowe oraz palone w finiszu, po których kroczy czekoladowo-wafelkowy posmak. Ciało jest gęste, wręcz lepkie, co tylko podkreśla wspomnianą czekoladową ciastowość. No i jest to piwo słodkie, przy czym palono-chmielona goryczka moim zdaniem jest odmierzona idealnie dla przeciwwagi. Nie ma aldehydu, nie ma przesterowanego alkoholu, nie ma tego wszystkiego, co jest zmorą wielu polskich mocarzy. Super piwo, bez dwóch zdań. (8/10)

Dwa piwa słabawe bądź przeciętne, trzy dobre i jedenaście co najmniej bardzo dobrych. Zupełnie szczerze nie spodziewałem się aż tak dobrego wyniku. Na karb darmoszki nie da się tego zrzucić – większość piw, które w mojej karierze dostałem za darmo było przeciętnych, część wręcz kiepskich. Zawsze dostawały takie oceny, na jakie zasługiwały, wskutek czego zresztą część browarów przestało do mnie cokolwiek wysyłać. I bardzo dobrze, nie widzę powodu, dla którego miałbym się cieszyć z dostawania przeciętnych bądź kiepskich piw. Szkoda na nie czasu i wątroby. Czy więc wysoki wynik Bazyliszka jest spowodowany starannym wyselekcjonowaniem wysłanych mi wywarów? Taka interpretacja miałaby pewne podstawy, jeśli dostałbym 2-3 piwa z bardzo rozbudowanego portfolio. Tymczasem dostałem ich aż szesnaście i ponad dwie trzecie z nich była co najmniej bardzo dobra, zaś takie pozycje, jak HWDP, Kaczka Trojańska czy Halo Moskwa? Tu Jamajka! to rzeczy zdecydowanie ponadprzeciętne. W związku z tym najprostsze wytłumaczenie leży jak na dłoni – Bazyliszek to obecnie naprawdę jakościowy browar. No i pochwały należą się za robienie piw, o które na polskim rynku jest obecnie ciężko, jak beczkowy scotch ale, imperialna black IPA, sahti czy gorzka AIPA.

slider 2052428508420632967

Prześlij komentarz

  1. "No i pochwały należą się za robienie piw, o które na polskim rynku jest obecnie ciężko, jak (...) gorzka AIPA."
    Jak to prawdziwie a jednocześnie absurdalnie brzmi w porównaniu do tego co było na rynku te kilka lat temu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio, już pomijając ten piołun, to pijąc American Psycho miałem wrażenie, że w końcu mam przed sobą coś, czego mi przez dłuższy czas brakowało, a czego kilka lat temu był wręcz nadmiar.

      Usuń
  2. Ilekroć wchodziłem do ich fastfoodowych multitapów, tyle razy serwowano mi piwo utlenione, lub, co gorsza, skwaśniałe. Nie polecam. Polska to jednak nie USA, tak duża liczba kranów nie ma sensu. Dlatego zakup ich wyrobów w butelkach może być niezłą opcją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłem kilka razy w tym głównym i miałem podobnie. W zasadzie jest to niezła opcja tylko wtedy, kiedy wszystkie inne lokale są już zamknięte, a gorączka nocy nie chce człowieka opuścić.

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)