Loading...

Polski craft 2017 roku na chmielowo

Wskutek perturbacji ze śniętą już knajpą, różnych wypadków losowych, ale i – nie ma co ukrywać – lenistwa, backlog rozrósł mi się do takich rozmiarów, że komponowanie wszystkiego w sześciopaki mijałoby się z celem. Nie znaczy to, że koncepcja sześciopaków została zarzucona. Co to, to nie, ale wpierw muszę się wyzbyć gromadzonych w trakcie tego roku recenzji zaległych. Pogrupowałem je w trzy bloki tematyczne, które opublikuję na blogu w – planowo – krótkich odstępach czasowych. Wpisy będą miały charakter chronologiczny, co oznacza, że piwa na początku każdego wpisu są z wiosny, zaś te na końcu z warek świeżych. Inaczej mówiąc – te na początku wpisu są albo już nieobecne na rynku albo wprawdzie nadal obecne, ale w formie nowszych warek, które względem pierwszych zostały dopracowane. Taką mam przynajmniej nadzieję...

Zaczynam od piw deklaratywnie mocno chmielonych.

Motorhead to był prosty, uczciwy rock’n’roll, a z kolei kingpinowa Motor Karma (ekstr. 12%, alk. 5,3%) to uczciwa, prosta APA. Mocno cytrusowa, z motywem jogurtu brzoskwiniowego, który mnie nie przeszkadzał, choć innym mógł, trochę również zbożowa. Tak jak w przypadku Fake Lancelot, wraz z ogrzaniem na sile nabiera nuta, która kojarzy mi się niestety z marchewką. Piszę to z bólem jako fan soku z marchwi. Nie jest ona jednak nadmiernie silna, w przeciwieństwie do szorstkiej goryczki, która nieco daje się we znaki. Pole do poprawy więc jest bądź było, bo poza wymienionymi niedociągnięciami aspekty technicznie prawidłowe nie pozostawiały żadnej trwałej impresji, a i piwo nie orzeźwiało tak jak powinno. No ale to piwo jest a raczej w tej formie było skutkiem docierania się ze sprzętem w Niechanowie. (5,5/10)

Marlon, owsiana IPA od Wojtka Solipiwko (ekstr. 14%, alk. 5,6%), jest piwem faktycznie gładkim. Na tym plusy się jednak kończą. Nuty zbożowe, mało intensywne nachmielenie, pomarańczowa marmolada w stylu angielskim, żółte śliwki i echa siarki – nie tak to chyba miało wyglądać, choć może się mylę. Goryczka jest bardzo umiarkowana. Nie żeby to piwo odrzucało, ale po prostu wyszła z tego taka owsiankowa, mało ekscytująca quasi english IPA. (5/10)

Piłem jedno piwo z Przystanku Tleń dwa lata temu w śp. Setce w Poznaniu. Było słabe, ale i ja byłem w stanie, w którym nie podejmuję się recenzowania piw. No ale wygląda na to, że werdykt wypadł wówczas odpowiednio, przynajmniej jeśli obecne piwa z tego browaru trzymają poziom. Pale Ale (ekstr. 14%, alk. 5,8%) to niedojrzała gruszka, niedojrzałe kiwi oraz trochę farby. W smaku mało soczyste, a finisz jest zarówno pikantny od chmielu, jak i niestety alkoholowy. Słabizna. (3/10)

Przystanek Tleń IPA (ekstr. 16,5%, alk. 6,8%) to jest piwny odpowiednik cytrynowej landryny, która wpadła do waty cukrowej, po czym wylądowała w trawie. Trawie częściowo cytrynowej, co ratuje to piwo w pewnym wymiarze, ale absolutnie nie w całości. Słabe to jest po prostu. (4/10)

Karuzela to jeden z tych kontraktowców, po których wyroby sięgam raczej bez większych obaw. Imperialne IPA Wolumen (ekstr. 18,5%, alk. 7,2%) wpisuje się w tę normę. W aromacie karmel, chleb, cytrusy, trochę ziół, delikatny tropik, ulotny akcent naftopodobny. Nie jest intensywnie, ale za to z gracją, a karmel jest dobrze wkomponowany w całość. W smaku płatki owsiane dały przyjemną gładkość, przy czym piwo jest zaskakująco mało słodkie jak na imperialną ajpę z Polski – ogólny wydźwięk jest więc raczej wytrawny. Wysoka pijalność czyni to piwo moim zdaniem bardzo udanym. (7/10)

Lubię kiedy piwa są proste i konkretne. Taki piwem jest Mojo, żytnia APA od Nepomucena (ekstr. 12%, alk. 4,4%). Już w zapachu wraz z cytrusami współwystępują pikantność i ziemistość, smak jest również porządnie nachmielony, ale przy tym gęstawy, oleisty od żyta, co zwiększa jego odczuwalny ciężar, czyt. czyni go bardziej konkretnym. Bardzo dobry, zbalansowany wywar. (7/10)

Mateusz w Rochu tworzył cymesy. Mateusz w Nepomucenie też tworzy cymesy, ale póki co rzadziej. Weźmy takiego Rabbita (ekstr. 13,1%, alk. 4,8%), wit IPA. Trochę słodów, delikatny karmel, trochę cytrusowo-ananasowych chmieli, no i szczypta przypraw, aczkolwiek bardziej jest to skórka pomarańczy niż kolendra. I wszystkie nuty obok siebie, nie grają spójnie. Wszystkiego po trochu i nic się do siebie nie klei, nic też nie dominuje, nic nie wywiera trwalszego wrażenia. Wchodzi w usta i wychodzi drugim uchem. Do szybkiego zapomnienia. (5/10)

Czy imperialna IPA o niezbyt wyrazistym nachmieleniu ma rację bytu? W teorii mogłoby się wydawać, że nigdy, przenigdy, jednak moim zdaniem taka sytuacja ma miejsce w przypadku Króla Chmielanżu z Podgórza (ekstr. 18%, alk. 7,9%). Ciasteczka mieszają się tutaj ze skórką pomarańczy, z której w pewien sposób wytrącają się nuty anyżu (więcej) czy tez kopru włoskiego (mniej) – tak ja to przynajmniej odbieram. Lubię te zioła, ale aromat jest nikły, a chmiele jako rzekłem – raczej schowane. W smaku na zmysły rzuca się w pierwszej kolejności pełnia, a skórka pomarańczy figuruje jako udany zamiennik chmieli. Finisz z kolei jest lekko trawiasty i tylko umiarkowanie gorzki. Piwo nie jest bynajmniej stylową imperialną ajpą, ale do mnie przemawia – fajna słodowość, ożywiona przez skórkę pomarańczy. Dobre. (6,5/10)

Lagerem zaskoczył w tym roku Kingpin. Intergalactic (alk. 5%) z kranu zwraca uwagę suchą, pestkową, grejpfrutową goryczką, w aromacie natomiast na zmysły rzucają się nuty brzoskwini, żywicy, chleba oraz kwiatów, jak i delikatny jogurt. Jest to proste, niezłe, pijalne piwo z pewnymi mankamentami, które dość szybko zniknęło ze szkła. (6/10)

Nowofalowym lagerem zagaiła również w tym roku Pracownia Piwa. Chmielony po antypodowemu Czemu Emu (ekstr. 16%, alk. 7,5%) łączy czysty profil z grejpfrutem, limonką, niedojrzałym agrestem i niedojrzałym białym gronem, jak i podkreśloną goryczką. I co ciekawe – piwo ma ukrytą moc, smakuje dużo lżej niż powinno (sądząc po parametrach), przez co jest zdradzieckie niczym kopniak w cztery litery w wykonaniu tytułowego ptaka. Smakowało mi to, nawet bardzo. (7/10)

Tegoroczna Kuźnia Piwowarów zadebiutowała piwem West Coast IPA (ekstr. 16,5%, alk. 7%), uwarzonym przez chłopa, co ma imię i nazwisko jak mój szwagier, którego niniejszym pozdrawiam (szwagra, nie chłopa; no dobra, chłopa w sumie też, bo czemu nie). Polska IPA to rzecz często niestety pokraczna. Tak jak i ten przykład – cytrusy, landrynka, na dokładkę trochę siarki. Spora pełnia, która wespół ze słodyczą sprawia, że piwo trochę muli i jest tak samo dalekie od wytrawności west coasta jak od słodowo-chmielowego balansu east coasta. Piwo, które jest zmarnowaniem zapewne udanego piwa domowego. Sensu to nie ma. (4/10)

Salamander Imperial IPA (ekstr. 19%, alk. 8,5%) z Browaru Stu Mostów jest nachmielony, obrazowo rzecz ujmując, ‘na biało‘. Ja tutaj poza lekką żywicą wychwytuję głównie grejpfruta, pomelo oraz melona. Mimo deklarowanej niskiej słodowości, jest tu jednak trochę nut ciasteczek pokrytych toffi, a i pełni piwo wbrew pozorom trochę ma. Kłopot w tym, że smak się w połowie urywa. W okolicach gardła nie czuć już praktycznie nic, poza mocną, trawiastą, trochę zalegającą i w moim odczuciu zbyt pikantną goryczką. Ja rozumiem wytrawny finisz, ale żeby nie był mało- czy zgoła bezsmakowy. Jest to więc przynajmniej w części przykład piwa mimo głębokiego odfermentowania raczej pełnego (przynajmniej subiektywnie), w którym ciało nie do końca jest wypełnione treścią. Inna rzecz, że słodycz piwa w połączeniu ze wspomnianymi ciasteczkowo-toffikowymi klimatami po wypiciu połowy zaczyna męczyć. Rozczarowałem się. (5,5/10)

Artezan ASAP 2.0 (ekstr. 18%, alk. 8%) zapowiadał się co najmniej dobrze. Mocarne uderzenie chmielowego cytrusa – cytryna, mandarynka, pomarańcza, uzupełnione o melonarbuza, że tak to ujmę. W smaku jest trochę pełni, nie ma za bardzo słodyczy, jest ponownie potężne chmielowe uderzenie i gorzki, wytrawny finisz. Wspomniana arbuzowo-melonowa nuta daje się we znaki w finiszu i jest trochę mdła. Ta nuta często występuje w artezanowych, mocno chmielonych jasnych piwach, ale jako ciekawy dodatek w finiszu. Tutaj wraz z czasem zaczęła dyrygować resztą, co mi się nie spodobało. Koniec końców piwo wyszło nieźle, ale jednak sporo poniżej oczekiwań. Nie tyle pod względem wykonania, a mojego gustu – nachmielenie poszło tutaj w kierunku, który mi nie do końca odpowiada. (6/10)

Chłopaki od Szpunta przesłali mi jakiś czas temu uwarzony wespół z Olimpem Wormhole (ekstr. 20%, alk. 8%), który został w środowisku przyjęty bardzo życzliwie. I faktycznie – jest to chmielowa bomba. W aromacie poza chmielem nie ma praktycznie niczego. Lupulina objawia się natłokiem białych i żółtych nut owocowych – melona, gruszki, juicy fruit, a nawet białego grona. Imperialność tego piwa jest konsekwentna: mocarne ciało, konkretna goryczka, gładkość, niezwykle miękka faktura, a koniec końców wysoka treściwość. Bardzo dobre piwo. (7/10)

West Coast IPA CaliforniCATion (ekstr. 16%, alk. 6,5%) jest skokiem w bok dla Rockmilla, biorąc pod uwagę mocny w tym roku nacisk tego kontraktowca na soczyste/soczkowe ipy, ale i tak pachnie jednoznacznie soczkowo i słodko. Same owoce tutaj wyczułem – marakuja, melon, mango, grejpfrut, a nawet truskawka, choć i ziemista, drożdżowa nutka się w tle przewija, mimo należytego przechowywania piwa. W smaku jest z jednej strony miękkie i intensywne, z drugiej odpowiednio gorzkie, choć goryczka ma jednak tę niezbyt przeze mnie pożądaną w ipach, trawiastą naturę. I tutaj jednak nie ustrzeżono się swojego rodzaju soczkowatości,. No i pomijając finisz, to piwo jest jednak słodkawe, co oznacza, że nie mamy tutaj do czynienia z rasowym west coastem. Z samym tym faktem nie miałbym problemu, problem mam z finiszem oraz poprzedzającym go brakiem bardziej dosadnej wyrazistości. Jest niezłe, ale jak na Rockmilla to jednak jest za mało. (6/10)

Gościszewo uderza w zamorskie tony, ale udaje mu się ledwo przeskoczyć na drugą stronę kanału La Manche. Szeryf (ekstr. 14%, alk. 5,2%) pachnie ciasteczkami i karmelem jak wyspiarskie ESB, a także ziołami, anyżowymi cukierkami oraz cytrusami. Tych ostatnich jest jednak na tyle mało, że i nachmielenie wpasowuje się w wyspiarskie klimaty. Dopiero w smaku, za sprawą niespodziewanej, michałosaksowej goryczki, szeryf nosi się po amerykańsku. Jest to więc angielskie duszą piwo z mocną goryczką. Pewnie dla części osób w związku z tym będzie nudne, moim zdaniem jest jednak bardzo ciekawe i wyraźnie lepsze niż się spodziewałem. (7/10)

Hula Hop (alk. 5,2%), stanowiło według wielu komentatorów odbicie się AleBrowaru od dna po początkowych trudnościach z nowym browarem, dla mnie jednak było to kolejne ze średnich, wymienialnych i niepotrzebnych piw z tej stajni. Słodkie, pomarańczowe klimaty wzbogacone o kwiatowość pokrewną kwiatowi bzu dominują, cytrusy w tle uzupełniają profil, zaś kolendra pojawia się dopiero na jeszcze dalszym planie. Strukturalnie ciekawe piwo, tyle że smakowo za mało dosadne, przez co już w chwilę po wypiciu zostaje niemalże zapomniane. Godną odnotowania jest względna wstrzemięźliwość jeśli chodzi o goryczkę, tyle że owa wstrzemięźliwość rozlewa się na całe piwo, czyniąc je tym samym zdecydowanie średnim. (5/10)

Red Brick (ekstr. 12,5%, alk. 5,6%) to kolejne piwo z Browaru Jana na bardzo wysokim poziomie. Nie ukrywam zaskoczenia, ale i się z niego cieszę. Wbrew pozorom i opisowi jest to piwo niezbyt karmelowe. Dominuje trawa cytrynowa oraz cytrusy, przy czym nie sposób określić aromatu mianem intensywnego. W smaku do głosu dochodzą słody, ale raczej ciasteczkowe niż karmelowe, no i są świetnie przegryzione z chmielem. Do tego miękkie odczucie w ustach oraz silna, ale dopasowana do reszty, grejpfrutowa goryczka. Jedynym minusem są wyczuwalne drożdże, czyli dałoby się to zrobić w zasadzie lepiej, a i tak jest bardzo dobrze. (7/10)

Po odkapslowaniu i przelaniu do szkła Chuck Never Dies (ekstr. 16,5%, alk. 6,6%) wziąłem głęboki wdech i skrzywiłem się momentalnie. Jako że w przypadku ewidentnych, dyskwalifikujących wad nie chcę wbrew mniemaniu niektórych o mojej osobie nikogo krzywdzić, przeto nawet jak jestem absolutnie pewien swego, staram się uzyskać potwierdzenie od co najmniej jednej innej osoby, żeby wyeliminować wszelki margines błędu. Podałem więc szkło bez słowa Ani. Wzięła niuch, skrzywiła się i wymamrotała: „Rzygi.” No niestety, piwo ostro jedzie, choć wciąż mam nadzieję, że to problem tylko tej konkretnej partii. Poza tym ciasteczka, karmel i nikłe nachmielenie. W smaku wada częściowo zanika, a odchmielowy melon staje się nieco wyraźniejszy, ale coś tutaj poszło totalnie wbrew założeniom. Wielka szkoda. (2/10)

Już dawno nie piłem niczego z Profesji. No i po odkapslowaniu Kardynała (ekstr. 13%, alk. 5,5%), usłyszeniu głośnego psst, ujrzeniu wpierw uciekającej ku górze szyjki piwa, a potem odkładającej się w szkle w formie monstrualnej czapy piany, no więc stwierdziłem po tym wszystkim, że to dobrze, że są jeszcze rzeczy stałe na tym świecie. Jak na przykład przegazowanie piw Profesji. Piwo chmielone wyłącznie odmianą Styrian Cardinal ma kwiatowo-ziołowy, lekko pikantny bukiet, z nutami świeżej śliwki, lawendy, geranium oraz czarnej porzeczki. Problemem jest rzecz jasna przegazowanie, natomiast sam chmiel jest ciekawy i przyjemny, a kompozycja piwa, z wytrawnym ale nie przegiętym finiszem, fajnie zbalansowana. Chciałbym je wypić w formie dopieszczonej, skoro jest smaczne nawet w takiej firmie, w jakiej mi się zaprezentowało. (6,5/10)

Profesjowy Rycerz (ekstr. 16%, alk. 6,6%) wyszedł bardziej profesjonalnie. Poza Styrian Cardinalem wylądował w nim szereg innych słoweńskich chmieli (Styrian Wolf, Styrian Aurora, Styrian Bobek oraz Styrian Cascade), wskutek czego określono piwo mianem ‘slovenian IPA’. So far, so good. Bukiet jest trochę cytrusowy, trochę kwiatowy (cardinalowa lawenda i tutaj się przewija), trochę ziołowy, trochę żywiczny, w ciekawy sposób kojarzy się z czerwonymi owocami (najbardziej z czerwoną porzeczką). To piwo akurat nie jest na szczęście przegazowane, ma średnie ciało oraz średnio mocną goryczkę, zaś finisz nieco trąci ziemią, co tutaj akurat pasuje. Bardzo fajna rzecz, no i coś nowego, wschodnio-europejskiego. (7/10)

Mało piłem w życiu fajnych belgian ajp, natomiast Backyard Bully od Kingpina (alk. 7,2%) należy do tej wąskiej grupy. Z Ameryki mamy tutaj głównie goryczkę (i tak jak na Niechanowo raczej stonowaną), bo chmielowych aromatów tutaj czuć mało. Poza tym piwo jest połączeniem miękkiej, średnio cielistej, ciasteczkowej bazy z brzoskwiniowo kwiatowym bukietem, łamanym delikatnym fenolem w finiszu, który łączy się z goryczką. Bardzo dobrze się to piło. (7/10)

Wyprawa Pinty do Południowej Afryki zaowocowała zapewne fajnymi wspomnieniami, a ponadto fajnym filmem, faj..., znaczy się, nowym piwem oraz – przynajmniej w moim wypadku – przeświadczeniem, że chmielami z tej części świata nie warto sobie chyba zawracać głowy. Otóż Pinta Hop Tour South Africa (ekstr. 13,1%, alk. 5%) to takie mało intensywne, mało zobowiązujące piwo. Nachmielenie penetruje rejony ziół i siana, czyt. jest absolutnie niespektakularne, ale przynajmniej nie jest granulatowe. W smaku dochodzi do tego delikatna owocowa nutka kojarząca się z jabłkiem, prawdopodobnie od chmielu. Intensywność smakowa średnia, goryczka również średnia, i tyle. Poza edukacyjnym elementem dotyczącym użytych chmieli jest więc zwyczajnie, stołowo, bez ochów, achów, ale i echów. Po prostu średniawa. (5/10)

Skoro jedną trzecią piw z tego wpisu bym z chęcią powtórzył, to średnia poprzedzających wpis sześciopaków została zachowana i można powiedzieć, że jestem całkiem zadowolony. Było kilka przykrych rozczarowań, ale to jest na chwilę obecną niestety nieuniknione. Przy czym muszę podkreślić, że obecnie jestem bardziej wybiórczy w trakcie zakupów piwnych niż rok czy dwa lata temu, więc sam już nie wiem, czy końcowy wniosek z tego przeglądu można nazwać optymistycznym.

slider 2939925277819609574

Prześlij komentarz

  1. Swietnie sie czyta takie multirecenzje.
    Ale patrzac na zamilowanie kraftowcow do piw mocno chmielonych a patrzac na oceny piwne to cos tu jest mocno nie tak. Slabizna w wiekszosci przypadków.

    Od dawna pomijam te wynalazki bo juz mam przesyt goryczki

    OdpowiedzUsuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)