Loading...

O rzut beretem – piwne Drezno

Saksońskie Drezno jest jednym z sympatyczniejszych dużych miast jakie miałem okazję zwiedzić. Odbudowana starówka robi eleganckie, a jednocześnie nie przytłaczające wrażenie, ludzi jest sporo, choć swoboda ruchu jest zagwarantowana, niezliczone kafejki wyglądają uroczo, a i ludzie wydają się sympatyczniejsi niż w innych rejonach Niemiec (poza Bawarią). Słowem - czuję się tutaj dobrze, co mi się w dużych metropoliach nie zdarza zbyt często.

Spacerując po starym mieście warto się wybrać na przechadzkę wzdłuż wybrzeża Łaby wznoszącymi się nad brzegiem tarasami. Żeby zacząć spacer od strony wschodniej, trzeba przejść obok Frauenkirche, najbardziej imponującej budowli miasta. Ogromna ewangelicka świątynia została odbudowana do końca całkiem niedawno i zachwyca mnogością balkonów i galerii wewnątrz. Można również wejść na szczyt i podziwiać stamtąd panoramę miasta. Na placu wokół świątyni znajduje się sporo kafejek i innych lokali, spośród których uwagę zwraca restauracja Augustiner an der Frauenkirche, bawarska ekspozytura w mieście, w której leją piwa marki Augustiner i podają drogie dania. W tym rejonie pewnego wieczoru usiedliśmy w ogródku włoskiej kawiarni, gdzie przy dźwiękach elegancko przygrywającego kwartetu dętego z Piotrogrodu raczyłem się całkiem szczodrze chmielonym Hövelsem, który obok jeszcze łatwiej w Dreznie dostępnego Ducksteina udowadnia, że altbiera pije się również poza Nadrenią.

zalany wyszynk
Jeszcze za dnia, dotarłszy na nadbrzeżne tarasy zacząłem szukać Radeberger Spezialausschank, firmowej knajpy browaru w Radebergu, jednego z paru miejsc w których można się raczyć niefiltrowaną wersją ich popularnego pilsa, która to podobno w odróżnieniu do filtra nie jest bynajmniej nudnym sikaczem. Knajpę znalazłem dopiero w następny dzień, z prozaicznego powodu - nie mieści się bowiem na tarasach lecz poniżej nich, niebezpiecznie blisko poziomu wody. Niebezpiecznie, bowiem wiosną ubiegego roku Łaba wylała poza brzeg, wdzierając się również do lokalu. Toteż na zewnątrz wszystko wygląda w porządku - flagi piwa powiewają na wietrze, lecz wyszynk jest zamknięty na cztery spusty a w środku nie ma nic oprócz paru desek jakie udało mi się dostrzec w mroku panującym za zakurzonymi oknami. "Nieczynne do odwołania" - można przeczytać na stronie internetowej lokalu. Szkoda że nie wiedziałem o tym zawczasu.

Tarasy nad Łabą, fresk z procesją władców Saksonii
Skoro jednak już przeszliśmy wzdłuż nadbrzeżnych tarasów, widok nasz pada na Hofkirche, katolicką katedrę wybudowaną przez panujący ongiś w Saksonii ród Wettynów, który objął tron Polski pod prowizją przejścia wraz z całym dworem na katolicyzm. Tak się również stało i August Mocny, który swój przydomek otrzymał ponoć dzięki umiejętności łamania końskich podków gołymi rękami, oprócz bycia księciem saksońskim uzyskał tytuł króla Polski. Być może właśnie wspólna historia Polski i Saksonii, w polskiej historiografii wszak uważana za mniej chlubny epizod naszej historii, przyczynia się do większej życzliwości (a może mniejszej niechęci?) Drezneńczyków do Polaków. Nawiązania do wspólnej historii widać bowiem na każdym kroku - od napisów w kawiarniach szczycących się założeniem w czasach "fürstlich-sächsisch/königlich-polnisch", po imponujący, gigantyczny fresk na bocznej ścianie zamku, przedstawiający procesję włądców Saksonii, na którym rzecz jasna nie mogło zabraknąć godła Polski.

Pozostając we wschodniej części starego miasta można się wybrać spacerkiem po ogromnych rozmiarów nowym rynku, otoczonego pięknymi kamiennicami, z jednej strony jednak niestety flankowanego przez ogromny, kwadratowy, komunistyczny pawilon (Pałac Kultury), na którym widnieje socrealistyczna mozaika opiewająca heroizm tytanów pracy. Przy analogicznej mozaice w Tiranie nie robi jednak większego wrażenia.

Nowy Rynek, Frauenkirche, Bruehlsche Terrasse (w tle kopuła o kształcie wyciskarki do cytrusów)


Z drugiej strony nowego rynku, nieopodal Frauenkirche mieści się restauracja Freiberger Schankhaus, firmowa knajpa marki Freiberger. Tak jak w przypadku Radebergera, można tutaj się napić niefiltrowanej wersji Freiberger Pilsnera, czyli Freiberger 1863 Zwickl vel Freiberger Kellerbier. Wyłożona drewnem restauracja robi raczej nowoczesne wrażenie, mimo bardziej tradycyjnych wtrętów tu i ówdzie, w rodzaju pomnika jakiegoś władcy, witrażu w suficie czy fresku z rycerzem na ścianie. Stoły a la Ikea, w głębi obok baru dwie przepołowione bądź wmurowane do połowy, stare tanki. Taki misz masz.

Obsługa miła, karta dań miejscami wyszukana. Poza zupą optowaliśmy jednak za bardziej tradycyjnymi daniami. Zupa musztardowo-śmietanowa z kiełbasą przypominała w smaku nieco szparagową i była zarazem najlepszym daniem jakiego spróbowaliśmy. Befsztyk z cebulką ponoć był bardzo dobry, ja zaś raczyłem się grillowaną karkówką z sałatką z marynowanej fasoli. Danie dobre, ale jadałem w Niemczech lepsze. Ot, poprawne.

Stare miasto, stary rynek
Jako akompaniament firmowy Zwickel którego się można ponoć napić tylko w tym lokalu. Freiberger Pils, filtrowany, to piwo poprawne, choć nie zachwycające. Wersja niefiltrowana ma w sobie dużo drożdży, które wraz ze słodem dominują nieco kwaskowy aromat. Jest piwem wyraźnie gęstszym od Pilsnera, ma też w wytrawnym finiszu mocniejszą goryczkę, która jednak po paru łykach staje się nieprzyjemnie cierpka, wręcz alkoholowa. Rozczarowało mnie to piwo, co w połączeniu z jedzeniem nasuwa wniosek, że są w Dreźnie lepsze wybory jeśli chodzi o stołowanie się oraz picie. (5/10)

Lepszy wybór można było znaleźć przekroczywszy wyremontowaną arterię z torowiskiem tramwajowym, która przecina starówkę wzdłuż na pół. Zaraz po drugiej stronie tej ulicy znajduje się imponujących rozmiarów stary rynek, na którym podczas naszego pobytu były porozstawiane kramy z wursztami, gulaszem, piwem i innymi łakociami, jak również budki ze słodyczami, zabawkami i innym badziewiem. Pośrodku placu zaś stał wysoki, drewniany słup na czubku którego zawieszony był ogromny wieniec. Czyżby dożynki?

Stary rynek i dożynki
I właśnie w tych wurstbudach zjadłem jednego dnia podwieczorek, a drugiego śniadanie. Podwieczorkiem była pieczona kiełbasa turyńska (2,50 Euro), a do tego Eibauer Schwarzbier (2,50 Euro), bo być w Saksonii i nie spróbować schwarzbiera, to nie przystoi. Kiełbasa fajna, piwo w porządku. Pierwsze piwo z tego browaru które wypiłem do końca, całkiem dobrze pasowało do wurszta. Karmelowe, skórkowo-chlebowe, delikatnie palone. Smak lekko słodki, punktowany bardzo delikatną goryczką, a w posmaku garść orzechów. Na mój ogląd był to bardziej dunkel niż schwarzbier, ale co tam. Było ok. (6/10)

Następnego dnia śniadanie składało się z paru wursztów (w sąsiedniej budce po 2 Euro) oraz tajemniczego piwa Bruno Altböhmisches Schwarzes (również 2 Euro). Starobohemskie? Pierwszy niuch i pierwsze zaskoczenie - jeśli to jest niemieckie piwo "czeskie", to postarano się je dobrze odwzorować - diacetyl wyraźny! Krótka kwerenda wykazała jednak że jest to autentycznie czeskie piwo czeskie, warzone na eksport do Niemiec. I to bardzo dobre czeskie piwo. Jest karmel, jest masło w rozsądnych ilościach, jest wyraźny chmiel, średnia pełnia i delikatna słodycz. Bardzo dobre, szczególnie na śniadanie i do wurszta. (7/10)

W trakcie tego śniadania uśmiechnąłem się na sympatyczny widok starszych ludzi, którzy bez żadnego obciachu (ale i bez śladowego nawet pijaństwa) popijali pilsa bądź schwarza przy głównej drodze o 12 w południe. Podejście do piwa wydaje się tam być bardziej normalne niż u nas.

Dresden by night. Semperoper, Hofkirche+zamek, kamienica.
Grupa budynków z których część tworzy zachodnią ścianę starego rynku została zaadoptowana na rzecz galerii handlowej oraz paru hoteli - przez zachowanie odpowiednich warunków natury architektonicznej wtapia się jednak tym samym moim zdaniem całkiem nieźle w krajobraz. Idąc naokoło tej nietypowej galerii można natknąć się na osobliwe widoki, w rodzaju starego pancura ze styraną twarzą, który zapina swój rower kłódką do stojaka na rowery. No jak to, a ja myślałem że własność jest wspólna?

Tak więc idąc naokoło galerii od południowej strony dochodzi się do lokalu Watzke Brauereiausschank am Ring, jednego z trzech lokali które podają piwa z mikrobrowaru Watzke. Później będzie więcej na ten temat, bo wspomnienie pilsa z tego browaru nadal powoduje u mnie westchnienie za tym co minęło.

Opuszczając starówkę i kierując się ulicą Budapeszteńską na południowy zachód, po dwóch kilometrach dochodzi się do trzeciego lokalu w Dreźnie afiliowanego przy większym browarze, w którym można się napić rzadkiej, niefiltrowanej wersji sztandarowego piwa tego browaru. Feldschlösschen Stammhaus był moim celem po całodniowej podróży podczas której praktycznie niczego nie jadłem. O godzinie 23 wybrałem się więc głodny jak wilk na pieszą podróż do knajpy, podczas której dzwonił mi w uszach rozpaczliwy jęk mojego żołądka - "Podaj golono! Podaj golono!" Minąwszy po drodze roztrzaskaną butelkę po miksturze piwa i coli (podejrzewałem już że radlery i pseudoradlery wywołują agresję) oraz ledwie czterech ludzi (Drezno blisko północy sprawia cokolwiek wymarłe wrażenie) dotarłem w końcu do celu, w sam raz żeby zaobserwować jak kelnerzy stawiają ostatnie krzesła nogami do góry na stoły. Merde!

W drodze powrotnej do hotelu mijałem wspomniany Watzke Brauereiausschank, stwierdziłem więc że na osłodę wstąpię na firmowego pilsa. "Niestety zamykamy." Cholera... Spać poszedłem głodny i spragniony.

Rzut na starówkę z tarasów.
Szczególnie że już wiedziałem jakim pysznym piwem jest ich pils. Przecinając starówkę w połowie, wzdłuż krótszego boku, mijając po lewej stronie Semperoper oraz Zwinger, przechodzi się mostem nad Łabą do nowego miasta, nieco mniej urokliwego, miejscami noszącego blizny wywołane plagą graficiarzy. Tutaj znajduje się parę lokali nawiązujących wystrojem do NRD, które zaplanowałem sobie odwiedzić przy okazji następnej wizyty. Stąd również widać po drugiej stornie Łaby, obok Zwingera, monstrualnych rozmiarów meczet, z kopułą a la Taj Mahal. Przynajmniej wygląda jak meczet, ma minaret i jest w stanie wywołać wrażenie, że lada chwila w Saksonii zainstaluje się jakiś kalifat. Tymczasem Yenidze to stara, nieczynna już fabryka papierosów, wybudowana w 1909 roku przez pasjonata orientu. Nigdy nie była meczetem, obecnie zaś jest biurowcem. Warto o tym wiedzieć, bo wiele osób po przyjeździe do Drezna wpada w panikę na ten widok.

Idąc dalej wzdłuż prawego brzegu Łaby dociera się w końcu do imponujących rozmiarów budynku, który mieści w sobie Watzke Brau- und Ballhaus. Wzniesiony przez Gustava Paula Watzkego w 1898 roku jest budowlą w stylu neoempirycystycznym. Początkowo służył jako sala balowa (ponad 700 miejsc), potem również jako gospoda, a później, za komuny, jako magazyn. Po generalnym remoncie w latach 1993-96 otworzył swoje podwoje obecny biznes, składający się z mikrobrowaru wraz z restauracją, pokojów noclegowych oraz wielkiej sali balowej, na której organizowane są bale w stylu dziewiętnastowiecznym. Browar chwali się jedną z najnowocześniejszych warzelni w Europie, co biorąc pod uwagę datę jego otwarcia, po której zostało w Europie wybudowanych setki o ile nie tysiące browarów, zakrawa na kuriozum. Punktuje jednak położeniem, gdyż korzystna lokalizacja nad brzegiem Łaby sprawia że z ogródka piwnego można podziwiać piękny widok na drezneńską starówkę.

Na to było w trakcie naszej wizyty zbyt zimno, usiedliśmy więc we wnętrzach, charakteryzujących się seledynowo-ciemnobrązową kolorystyką, obfitością drewna oraz bardzo wysokimi sklepieniami. Na ścianach stare zdjęcia, klientela w średnim wieku, obsługa robiła mieszane wrażenie. Umieszczona obok baru warzelnia z daleka wyglądała elegancko, z bliska okazała się jednak mocno zakurzona. Podobnie jak w wielu innych lokalach w Niemczech, z głośników nie leci muzyka, jednak ogólny gwar (w poniedziałkowy wieczór ciężko było o wolne miejsca) sprawia, że człowiek nie czuje się skrępowany w trakcie rozmowy. Pochwalić należy umiejscowienie kuchni, którą można swobodnie obserwować z boku, mając na oku kucharzy.

Czas na konsumpcję. "Riesenrippe" czyli ogromne żebro faktycznie wyglądało jak komplet żeber z jednego boku średnio wyrośniętego prosiaka. Robiony na miejscu sos barbecue też niczego sobie, ogólne wrażenie było więc więcej niż poprawne. Sałatka kiełbasiana którą zamówiła Żona była jednak nie do zjedzenia, choć trudno wyrokować na ile osobliwe połączenie ciętej w paski mortadeli z kwaskiem było badziewnie wykonane, a na ile po prostu felerne per se.

Ale za to jakie piwo! W temacie pilsów niemieckich nonplusultra. Wprawdzie Watzke Pils miał nieco wyższą pełnię niż standardowe niemieckie pilsy, ale reszta się zgadzała. Aromat chlebowy, trochę drożdży oraz wyraźny, dominujący chmiel proweniencji cytrynowo-trawiastej, które to połączenie jest chyba najlepszą kombinacją jaką można uzyskać z klasycznych niemieckich odmian lupuliny. Piwo jest wyraźnie, choć nie agresywnie gorzkie, ma szyty na miarę smak chlebowo-chmielowy w którym cały czas czuć tę osobliwą harmonię między nutami trawiastymi i cytrynowymi, a cukry resztkowe przebłyskują tu i ówdzie, dodając piwu delikatną nutę miodową. Mógłbym pić kubłami, lepszego pilsa nie piłem, tylko dwa równie dobre. (8,5/10)

Drugim oferowanym piwem był Watzke Spezial, który większego wrażenia nie zrobił. Zdecydowanie słodowe, lekko melanoidynowo-karmelowe piwo z echem masła oraz razowego pieczywa, któremu najbliżej chyba do lagera wiedeńskiego. W smaku masło płynnie przechodzi w toffi, a całość jest w miarę harmonijna, jednak nieco wodnista. Piwo jest ułożone ale mało wyraziste. (6/10)

Tyle udało mi się zwiedzić w Dreźnie, co oznacza, że mam jeszcze co do nadrobienia z okazji następnej wizyty. Przede wszystkim parę lokali w stylu NRD-owskim, browar restauracyjny w zamku na obrzeżach miasta oraz golono w Feldschlösschen Stammhaus. Jak to mawiał Arnold - Aj wyl bi bek.

Yenidze 1610763059062999561

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)