Loading...

Konserwowanie polskiego craftu 3

Jestem ciekaw, dlaczego w ramach marketingu puszek jeszcze chyba nikt nie wpadł na trop ich najbardziej oczywistej zalety. No bo skoro są z aluminium, to chyba chronią przed 5G, nie? No chyba że nie. W każdym razie obecna aura sprzyja plenerowym degustacjom, więc poniższy zestaw został wchłonięty w pięknych okolicznościach przyrody. To lubię. Zawartość niestety nie we wszystkich przypadkach mi spasowała.

Świeżutki pilsik prosto z puchy od browaru Stu Mostów – fajnie. Wrclw Dry Hopped Pilsner Citra Mandarina Bavaria (alk. 5%) daje w nozdrza grejpfrutem i mandarynką, ale ma również lekko ziołowy szyt i taką też goryczkę. Intensywność tej ostatniej nie zwala z nóg, ale ładnie komponuje się ze zbożowym, lekko ciasteczkowym podszyciem piwa. Ogółem rzecz ujmując – bdb. (7/10)

Przyznać muszę, że puszka Diablo Verde (ekstr. 19,1%, alk. 7,6%) mało przeze mnie lubianego Birbanta wyszła naprawdę prima sort. Chodzi mi jednak niestety tylko o opakowanie. Szkoda, że piwo po przelaniu wygląda jak błocko, no ale trudno. Intrygujący zapach, jaki buchnął w moje nozdrza po odbezpieczeniu zawleczki, to miks kerozyny, grejpfruta, moreli, melona, kokosa oraz kopru. Wprawdzie według kolejności składników chmielu Sabro jest w tej „Sabro double juicy IPA” mniej niż Citry oraz Mosaika, ale jego obecność charakteryzuje się sporą asertywnością. Obiekcje mam względem niedogazowania piwa, które w puszkowanych Birbantach chyba często niedomaga (chyba że to ja mam pecha co do tego), wskutek czego, przy zagęszczonej konsystencji trunku, zamiast o soczkowości trafniej byłoby chyba mówić o przecierowości. To morela oraz kokosokoper na odcinku smakowym przejmują palmę pierwszeństwa, całościowe wrażenie jest więc zbliżone do przecieru morelowego chmielonego Sabro. Czy goryczka tworzy przeciwwagę? Owszem. Jest mocna jak na obecne standardy. To dobrze. Jest też sucha, cierpka. To źle. Generalnie więc ponownie obcowanie z Birbantem przyniosło rozczarowanie, choć przecież mogło być gorzej. (5,5/10)

Po następne wrażenia wjechałem na hałdę Pattberg. Hałdę rozczarowującą, zarośniętą na wierzchu, bez panoramicznego widoku. Szukając odpowiedniego miejsca do degustacji zjechałem trochę niżej. Widok na Kamp Lintfort nie robił wrażenia, ale znalazłem prześwit w kierunku północno-wschodnim, gdzie w końcu spocząłem, z widokiem na autostradę, żwirownię w jeziorze, jakąś fabrykę oraz tonącą w burzach Holandię w niedalekiej odległości.

Take Me od Funky Fluid (ekstr. 13,5%, alk. 4,9%) ciekawił mnie ze względu na chmiel Huell Melon, który unison jest mdły, potrafi jednak przekonać jako część większej kompozycji. Tutaj jednak został w sporej mierze wyrugowany przez inne chmiele, spodziewane nuty arbuza były najwyżej śladowe. Rządzą wyraziste cytrusy – grejpfrut i pomelo, jest jednak w końcu też trochę melona i białego grona. Swieże i rześkie piwo, z mocną goryczką o nieco ziemistym charakterze. Bardzo smaczne. (7/10)

Następna Funky puszka, czyli Fury (ekstr. 18%, alk. 7,8%), miała bardziej przyciężkawy, nieco przecierowy aromat. Białe grono, melon, gruszka, antonówka, kwiat bzu oraz trochę ożywiających to elementów, czyli żywicy i grejpfruta w tle. Co prawda goryczka jak na obecne czasy licha nie jest, jednak robiła sporo słabsze wrażenie niż w Take Me – co w połączeniu z większym ciężarem i bardziej mdłym bukietem skumulowało w mało ekscytującym piwie. Wbrew jego nazwie. (5,5/10)

Wokół hałdy krążyły cały czas burze, nade mną zaś krążyły jaskółki (dobrze że nie sępy), zaś co jakiś czas spomiędzy drzew wyłaniał się myszołów. Minus mocnego zalesienia hałdy w taki dzień jest oczywisty – kiedy byłem w połowie Fury, zauważyłem, że burza jest tuż tuż, a mnie zostało jakieś pół godziny drogi rowerem do przejechania. Kilka szybkich haustów i w drogę. Udało się tym razem.

Następny zastaw spałaszowałem na hałdzie Rhein-Preussen. Tutaj już nie ma mowy o rozczarowaniu. Po wjechaniu na jej wierzch zdezelowanym rowerem za 5 ojro ukazała mi się panorama w kierunku wschodnim. Przemysłowa część miasta Duisburg, dzielnica Walsum, część jego portu, sporo fabryk, elektrownie, prześwitujący gdzieniegdzie, wijący się Ren, a wszystko to wyrastające z gęstych lasów. Od jakiegoś czasu jestem wielkim fanem krajobrazów stanowiących połączenie szykownego industrialu oraz natury. Tutaj miałem to właśnie przed sobą.

I pyk, pierwszy Collab Pinty. A zarazem póki co chyba najlepszy. Collab Stu Mostów (ekstr. 18%, alk. 7,8%) jest tylko śladowo owocowy – wtręty żółtych tropikalnych owoców są dość dyskretne. Rządzą tutaj na modłę bardziej oldskulową rześkie białe cytrusy (grejpfrut, pomelo) oraz żywica. Konsystencje przygęszczono, faktura jest gładziutka, bez śladów hop burnu, a smak bezbłędnie soczysty, acz zarazem między innymi dzięki mało owocowemu profilowi nie soczkowaty. Natłok grejpfruta kulminuje w śladowo mineralnym finiszu z goryczką typu „w sam raz”. Nie czuć ciężaru tego piwa, wchodzi szybciutko i orzeźwia. Gorzkie, soczyste, intensywne piwo. Jeszcze lepsze od wszystkich odsłon Hazy Disco. Miodzio. (8,5/10)

Collab Nepomucen (ekstr. 18%, alk. 7,3%) według wielu jest jeszcze lepszy, ale ja się pod tym nie podpiszę. Mimo bardziej owocowego, tropikalnego bukietu, piwo jest mniej soczyste, a i mniej intensywne, natomiast finisz jest mniej gorzki oraz mniej nasycony treścią. Co nie znaczy absolutnie, że jest to złe piwo. Z jednej strony mamy tutaj grejpfrut i żywicę, z drugiej melona, ale i ananas oraz inne żółte owoce. Zaś z trzeciej strony jest chmiel Sabro, który wypadł nieco bardziej kokosowo niźli koprowo. Ostateczny rezultat jest bardzo dobry, ale Collab ze Stu Mostów po prostu zawiesił poprzeczkę zbyt wysoko. (7/10)

Ostatni duet poszedł znowu na hałdzie Rhein-Preussen, na której mi się niesamowicie spodobało.

Craft roku, czyli Pijże od Nepomucena, nie oczarowało mnie, ale i nie było w optymalnej formie. Do Pijże Vol. 2 (ekstr 13,5%, alk. 4,4%) dodano modnego chmielu Sabro, co do którego mam nadzieję, że kiedyś zdechnie razem z tonką i calamansi. Jest możliwe zrobienie dobrego piwa z Sabro w składzie, jednak jest to trudniejsze. No chyba że ktoś lubi dostawać witką kopru w twarz, wtedy mu ten chmiel w zasadzie powinien smakować zawsze i wszędzie. Mamy tutaj więc kokosokoper i sporo grejpfruta, melon i lodową nutkę w finiszu. I niewiele więcej, poza lekkim hop burnem. Goryczki nie ma tutaj prawie wcale, co jest problematyczne. Jej brak może być usprawiedliwiony w kremowej, intensywnej neipce, ale w apie pociąga za sobą pustkę, której nic nie niweluje. W sumie w porządku piwko do picia przy okazji, ale jednak wybrakowane. (6/10)

Na podobnym poziomie wypadło Nepomucenowi Let’s Get Hazy (estr. 16,5%, alk. 7%). W tym lekko kwaskowym piwie ton nadaje mandarynka, uzupełniona o grejpfrut, brzoskwinię oraz białe grono. Goryczkę podkreślono, co cieszy. A teraz koniec ze słodzeniem, przechodzimy do krytyki. Mocny hop burn w obecnych czasach wyrasta na rangę przynajmniej pomniejszego faux pas. Brakuje mi w tym piwie również kremowości, do której przyzwyczaiła mni konkurencja w postaci Pinty czy Hopito. I to mimo całej plejady płatków, które wylądowały w Let’s Get Hazy. Piwo nie jest też specjalnie soczyste, a i rześkością ustępuje Pijże Vol. 2. Jest w porządku, ale większego wrażenia nie robi. (6/10)

Tyle na dziś. Jednym ze swoich najlepszych piw zagaiła Pinta, we współpracy z Browarem Stu Mostów. Bardzo dobrze wypadł również Collab z Nepomucenem, Take Me od Funky Fluid oraz puszkowany pilsik od Stu Mostów. Reszta gorzej.

slider 9081913916236944749

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)