Loading...

Wiwisekcja Sówki

Sówka wkroczyła jakiś czas temu na polskie salony i się na dobre rozgościła. To, co powstało jako projekt domowy barmanów brewpubu należącego do holenderskiego Jopena, przeistoczyło się poprzez kontraktowca dzierżawiącego moce produkcyjne „szefa” w pełnoprawny, fizyczny browar rzemieślniczy Het Uiltje. Chłopaki od eksperymentów nie stronią, moje dotychczasowe spotkania z nimi były bardzo smaczne, a odkąd Browariat przejął dystrybucję browaru w Polsce, jego wyroby są też przystępne cenowo. Sprawdźmy jak się od czasów polskiego debiutu rynkowego rozwinęła jakość.

Mr. Feathers (alk. 4,9%) to niby ‘hoppy red ale’, ale tak jak nachmielenie uzasadnia pierwszy człon określenia, tak już słodowość jest tylko lekko zaznaczona i zamiast w spodziewany karmel uderza w tony tostowe. Chmiel dał piwu nuty cytrusowe, trochę kwiatów oraz wytrawny finisz. Piwo jest lekkie, średnio intensywne, przyjemnie pijalne. Dobre. (6,5/10)

Bird Of Prey (alk. 5,8%) wypełnia nozdrza smakowitym zapachem cytrusów, mango, marakui oraz delikatnej nafty. Pełnia oscyluje wokół średniej, ale zdecydowanie wytrawny, grejpfrutowy finisz udanie ją kontruje. Piwo jest bardzo soczyste i wzorowo pijalne. Takie ajpy to ja rozumiem. (7,5/10)

Na Boże Narodzenie chłopaki wymyślili sobie zapakowanego w karton szkockiego gruita. Most Wonderful Time For A Beer (alk. 10%) po przelaniu jednak nie pachnie jak gruit, a jak scotch ale. Mocarnie słodowo, karmelowo, orzechem włoskim, mieszanką świeżych czerwonych oraz suszonych owoców. Nie jest specjalnie pełne, jest za to wyraźnie słodkawe i mocno grzeje przełyk. Lekka cierpkość finiszu, łącząc się z nutami ciemnych słodów, daje coś na kształt lukrecji. Niestety, ziół tutaj prawie nie ma, choć wydają się w finiszu wyodrębniać częściowo z posmaku orzecha laskowego. Niezłe, ale spodziewałem się czegoś lepszego. (6/10)

Innym piwem świątecznym jest F**k, the Christmas Tree is on Fire! (alk. 10%). Imperialny stout z laktozą, ziarnami kawy oraz skórką pomarańczy. No i to jest piwo na poziomie pierwszej edycji artezanowego Too Young To Be Herod (rok 2015). Silna skórka pomarańczy, zdecydowanie bakaliowa, nuty świeżej kawy, sporo ciemnej czekolady, laktoza, która wygładza paloność, odpowiednia dawka słodyczy, no i przede wszystkim gęsta, kremowa tekstura. Gdzieś w tle pałęta się nutka waniliowa, a w smaku z pomarańczy wyłania się lukrecja, mając również wpływ na charakter goryczki. To jest takie piwo do sączenia, w którym wszystkie nuty układają się w dopieszczoną całość. Więcej takich świątecznych piw poproszę. (8/10)

Jakiś czas temu w Browariacie można było dostać z kranu imperialnego owsianego milk stouta o nazwie Schwarzwälder Kirsch (alk. 8%). Jako dziecko stosunkowo często jadałem tort schwarzwaldzki, stąd i może to piwo aż tak bardzo mi podeszło. Fest czekolada i wiśnie, trochę paloności i mlecznej słodyczy, konkretna pełnia, gęstość z goryczkową kontrą. Niesamowicie deserowe, puszyste piwo. To jest to. (8/10)

Jako fan altbiera byłem ciekaw Commissaris Rex (alk. 8,5%), interpretacji doppelsticke w wydaniu Ultje. No i jest tutaj trochę opiekanego słodu, są orzechy laskowe i subtelna słodka czekolada – czyli uzyskano efekt Nussbeissera. Estrowość jest mocna (wyraźne czerwone jabłka), a z drugiej strony nachmielenie jest mniej wyraźne niż w Uerige Sticke, stąd i estry nie są moim zdaniem należycie kontrowane. Piwo jest pełne i gęste, alkohol wzorowo ukryty, ale do klasyki gatunku jednak trochę mu brakuje. (6,5/10)

Pine and Needles (alk. 8,4%) to z pewnością jedno z dziwniejszych piw, jakie było mi dane pić. Holendrzy uwarzyli je wespół z estońskim craftowcem Sori Brewing. Do whirlpoola najpierw wpakowali sporą ilość amerykańskich chmieli, po czym dorzucili przytaszczoną z lasu sosnę. Całą. Z korą i igłami. Stąd i nazwa tego piwa. No i dużo tutaj jest tej sosny. Jest żywicznie, czuć igły – trochę jakbym wsadził nos w świąteczną choinkę. Jest i trochę nowofalowych chmieli, dających piwu nutki owocowe, jest i wyczuwalna już przez nos baza słodowa. Piwo ma ponadto przyjemną, chłodzącą, miętową nutę. W smaku dopiero sosna ukazuje się w pełnej krasie. Wow… to piwo jest ekstremalnie sosnowe, poczułem się jakbym żuł gałązkę sosny, popijając to dobrze nachmielonym, całkiem pełnym amerykańskim ejlem. Poczułem się też jak za starych, dobrych czasów, kiedy u mojego św. pamięci Dziadka otwierałem szafkę w przedpokoju, w której chował spore ilości mydła Fa. Nie o to chodzi, że piwo jest mydlane, ale ma w sobie coś frapująco podobnego to tego zielonego, niegdysiejszego obiektu westchnień ludności zamieszkującej demoludy. Kolejnym skojarzeniem są sosnowe olejki eteryczne, których moc jest niemalże przytłaczająca. Niezwykłe, świetne piwo. Warto znać. (7,5/10)

Sir Turnaround (alk. 5,5%) pachnie troszkę jak polska black IPA, przy czym twórcy asekuracyjnie nazwali swoje piwo american black ejlem, więc dominacja bardzo ciemnej czkolady i nutek palonych nad żywiczną chmielowością nie idzie na przekór niczemu. A już na pewno nie na przekór mojemu gustowi, czemu w sukurs przychodzą słodkie nuty cytrusowe, które mi się skojarzyły z kandyzowaną skórką pomarańczy. No i mimo umiarkowanego woltażu nie spodziewałem się, że piwo będzie aż takie rześkie. Ciała zbyt wiele nie ma, w sam raz na tyle, żeby przetoczyć się przez usta nutą czekolady i tymi żywicznymi, w smaku już jednak zdecydowanie bardziej pomarańczowymi motywami odchmielowymi. W ten oto sposób piwo, od którego w zasadzie niczego nie oczekiwałem, zniknęło ze szkła na długo zanim zakończyłem pisać tę recenzję. (7,5/10)

Oh! Buurman, Wat Doet U Nu? (alk. 11,8%) jest barlej łajnem w stylu amerykańskim, co się objawia delikatnie podkreśloną chmielową kwiatowością. Rządzą w tym piwie jednak słody oraz przede wszystkim estry. Te pierwsze dają mu karmel oraz garść suszonych owoców (głównie rodzynek), natomiast te drugie napełniają je mocą czerwonych owoców, zanurzonych w czerwonej, owocowej galaretce. Wszystko jest spojone żurawiną. Czerwoną, acz suszoną. Piwo jest bardzo, wręcz syropowo słodkie, ale ja takie barleje lubię. Bardzo smaczne. (7/10)

Grandma‘s Cooking Recipes vol. 1 (alk. 10,1%), RIS z laktozą, syropem klonowym i cynamonem, żyje swoimi dodatkami. Laktoza daje mu słodycz, syrop klonowy ją wzmacnia, ale i nieco przyciemnia, cynamon z kolei piernikuje piwo, choć nie do końca. Niestety dochodzi tutaj do rozmycia bazy. Inaczej mówiąc – pod dodatkami nie czuć stouta, a jedynie gęstą, kleiście słodką, cynamonowo-klonową nadbudowę. Bardzo syropowe piwo i póki co pierwsze rozczarowanie Sówką. (4/10)

Po tym pojedynczym wybryku w dół skali można się znowu zając czymś przyjemniejszym. Dr. Raptor (alk. 9,2%) to frontalne uderzenie białych cytrusów jak grejpfrut i pomelo, uzupełnione o delikatną nutkę przejrzałych tropików i szczyptę odchmielowej cebuli, która mi w takiej konstelacji i umiarkowanej sile występowania nie przeszkadza. Całkiem mocarna podbudowa słodowa łamana jest nad wyraz zdecydowanym nachmieleniem, wskutek czego finisz jest wytrawny, mimo że goryczka na szczęście nie wykręca gardła na drugą stronę. Bardzo smaczne. (7/10)

Czas na kolejne kowadło. Jego nazwa zobowiązuje, stąd też Sgt. Nightvision (alk. 10,5%) w aromacie i smaku jest ciemny jak noc. Paloność, trochę kawy, gorzka czekolada, jeżyny, subtelna wanilia, muśnięcie jasnymi słodami – jest zagwarantowana kompleksowość, jest też mocarna, palona goryczka, ale jest też odpowiednio solidne, kremowe ciało oraz nieprzesadzona, balansująca słodycz. Posmak z kolei to połączenie tytoniu i nutki mineralnej, co też ma swój urok. Ogółem rzecz ujmując jest to bardzo dobry, złożony stout imperialny, któremu przydałoby się jedynie ciut więcej głębi. Ale to naprawdę mało istotny mankament. (7/10)

Mijn Opa (alk. 5,3%) nie zapowiadał się jednoznacznie. Owsiany pale ale musi być solidnie nachmielony, żeby był rześki, tymczasem tutaj zdecydowano się na chmielenie nie grzeszącym wyrazistością niemieckim Hüll Melonem. W kwestii aromatu nie jest jeszcze najgorzej – jest w miarę podkreślony (jak na ten gatunek lupuliny), arbuzowo-melonowy, trochę mandarynkowy, z nutką miodu. Smak z kolei rozczarowuje. Owies zwykle daje płynom gładkość i je zagęszcza, podczas gdy to piwo jest mocno wytrawne i ani o pełni ani o gładkości nie ma mowy, a i chmiel w smaku jest mniej wyraźny niż w aromacie. Single hop na Hüllu to nadal nie jest najlepszy pomysł. (4,5/10)

Dominantą w Rice, Rice Baby (alk. 8%) są nuty zielone. Z jednej strony ziołowe, miejscami wręcz konopne, z drugiej również owocowe – przede wszystkim kiwi, ale i melon. Smak jest jak na ryżową imperialną ajpę przystało wyraźnie wytrawny, czysty, gorzki. I wyzbyty karmelu. Można? Można. Bardzo dobra, pijalna imperial IPA. (7/10)

Ciekawie zapowiadał się Mind Your Step Coffee Edition (alk. 14%), potężny RIS z dodatkiem żurawiny, jałowca, kawy i płatków białej dębiny. W aromacie króluje balans – są nuty czerwonych owoców (wyraźna żurawina), nienachalna kawa, iglaki, gorzka czekolada i lukrecja. Nic się nie wybija, choć żurawina jest mocniej obecna niż się spodziewałem. Smak jest słodki, ale jednak jak na piwo o takim woltażu pod tym względem relatywnie stonowany, nie zakleja ust. Alkohol co prawda grzeje gardło niezgorsza, ale jakiekolwiek ewentualne nuty etanolu są szczelnie przykryte słodami oraz dodatkami. Wspomnieć trzeba też o jedwabiście gładkiej fakturze piwa. Jest bardzo dobre, a na wypadek rezygnacji z żurawiny, bądź zmniejszenia jej dawki, będzie jeszcze lepiej. (7/10)

Czas na piwo kooperacyjne. In Between Agendas (alk. 7%) dostał swoją nazwę ze względu na to, że z powodu napiętego terminarza panowie z Uiltje oraz estońskiej Pohjali przez długi czas nie potrafili się umówić na termin warzenia. Mamy tutaj do czynienia z rewelacyjnym ciemnym lagerem, który stanowi doskonały przykład synergii między dwoma klasowymi browarami. Czysty profil, całe bogactwo czekoladowych słodów, lukrecja, nutki wafelkowe, ale i chmielowo-żywiczne, z subtelnym dodatkiem marakui (widniejącej wśród składników), który dokładnie na tym poziomie idealnie wpasowuje się w całość. Pełnia słodowa znakomicie balansuje podbitą goryczkę tego piwa, które finiszuje połączeniem czekolady oraz rzeczonego owocu tropikalnego. Super. (8/10)

No to teraz może piwny deser? Apfelstrudel Doppelbock (alk. 11%) to piwo z dodatkiem pieczonych jabłek, rodzynek i cynamonu. W aromacie dotrzymuje obietnic. Jabłek jest cała masa, przy czym jednak moje skojarzenia bardziej niż ku szarlotce ciążą ku apfelschorle, czyli sokowi jabłkowemu rozcieńczonemu gazowaną wodą, chyba przez lekką cukrowość aromatu. Jest trochę podpieczonego chleba i faktycznie rodzynek, choć nie jest ich więcej niż w niektórych konwencjonalnych koźlakach dubeltowych. W smaku piwo jest niesamowicie gładkie i słodkie, zaś spora pełnia dodaje jabłkom słodowego, ciastowego podszycia. O alkoholu nie ma mowy (przy takim woltażu!), zaś w słodkim finiszu w końcu odzywa się dodany cynamon. Odczucie w ustach jest gładkie, laktoza zrobiła robotę, przewija się w tle również mleczna czekolada i delikatna śliwka. Deser w płynie. Aj lajk. (7/10)

A że Holendrzy potrafią też zrobić prościutkie piwo na bardzo wysokim poziomie, o tym świadczy Me, Myself and IPA (alk. 7%). Klasyczna amerykańska IPA ze słabo wyczuwalnym podszyciem słodowym i dosadną dawką chmielu. Głównie cytrusowego i żywicznego, trochę ziołowego, marginalnie może granulatowego (ten aspekt zlewa się jednak z ziołowością) oraz subtelną nutką owocową, której najbliżej jest chyba do marakuji. Ale tymi owocami nie należy się specjalnie sugerować, to piwo to cytrusy i żywica w płynie, na mięciutkim ciele, z silną ale nie przytłaczającą goryczką. Świetnie się to pije. (7,5/10)

Na koniec zostawiłem sobie piwo najcięższe. Old Enough To Drink (alk. 21%) to potrójnie wymrażana imperial IPA, przeleżakowana przeze mnie dodatkowo pół roku po zakupie. Na szczęście przy takim woltażu te lekkie nutki miodu (utlenienie) piwa moim zdaniem nie obciążają, a ubogacają. Owocowo chmielowe w aromacie i smaku, bardzo gęste, likierowe, mega słodkie, choć absolutnie nie wyzbyte niezbędnej goryczki. Alkohol jest oczywisty, ale nie w postaci ordynarnego bimbru, a w formie grzania i kłucia w język i podniebienie. Pić trzeba z kieliszka, jak likier. Bo w istocie jest to piwny likier. Smaczny piwny likier. (6,5/10)

Wpis był już gotowy od jakiegoś czasu, ale jako że mnie dr hab. P. Pokora uraczył dodatkowo porterem bałtyckim o nazwie Matryoshka Doll (alk. 7,5%), to go na ostatni gwizdek tutaj wpakowałem. Wprawdzie morska opowieść na etykiecie świadczy o zupełnie bezrigczowym podejściu Holendrów do Europy wschodniej (zero zdziwień), ale za to zawartość butelki wynagradza wszelkie niedogodności. Mamy tutaj bowiem do czynienia z mocno owocowym, czekoladowym deserem. Pełno nut wiśni oraz śliwek, zasypanych płatkami słodkiej, ale jednak też zakurzonej czekolady, z dodatkiem lukrecji, wraz z ogrzaniem piwa coraz bardziej oczywistym. Nosem można kręcić ewentualnie na mały niedosyt ciała, ale to jest trochę czepialskie. Bardzo dobry bałtyk. (7/10)

Myślę, że po przepiciu się przez taką ilość wyrobów Het Uiltje jestem w stanie polecić ten browar. Wydaje się być mniej nierówny od konkurencyjnego De Molena, ciężko w jego przypadku o rozczarowanie, a wybrane piwa (np. Pine and Needles czy Apfelstudel Doppelbock) są dodatkowo nietuzinkowe.

slider 6350054374524731380

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)