Loading...

Sześciopak polskiego craftu 123-126

Recenzyjna gonitwa za rynkiem wychodzi mi tak średnio, bym powiedział. Co mi się uda z backlogu wrzucić na bloga, to zostaje równoważone miarowo przybywającymi, aktualnymi recenzjami. Ponieważ przyjąłem wydawniczy modus operandi według schematu podróż-recenzja-podróż, zaś podróży mam o wiele więcej do opublikowania niż multipaków, toteż i powinienem się za niedługo zrównać z rynkiem. W teorii, bo tak samo pisałem chyba dwa miesiące temu. Anyway, przechodzimy do konkretów.

Trip Hop THC Galaxy Mosaic Simcoe (ekstr. 16%, alk. 6,6%) to piwo trzy razy nachmielone hop gunem. Skupiono się mocno na tym etapie produkcji, wskutek czego piwo pachnie niezgorsza – gumą juicy fruit, białymi cytrusami, wyraźnym kiwi, delikatnie również melonem i żywicą. Niemniej jednak Brokreacja skupiła się na tym potrójnym hop gunowaniu tak bardzo, że najwidoczniej zapomniała dać choć trochę lupuliny na goryczkę. Ta jest suchoklatesowa, czyli zarówno rachityczna jak i sucha. A IPA bez goryczki to trochę jak segz bez szczytowania. Niby też spoko, ale czegoś brakuje. Finiszu nie ma, w tym piwie jest pusty, więc wychodzi podobnie. *wzruszenie ramion* (5/10)

Zima zimą, ale orzeźwić się też trzeba było. Na przykład po odśnieżeniu stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych podjazdu. PIA od Trzech Kumpli (ekstr. 12,5%, alk. 4,4%) faktycznie woni limonką i kiwi, tak jak etykieta głosi, jest też obecna marakuja, natomiast kokosa nie znalazłem. Może i na szczęście, bo jakbym znalazł kokosa, to bym pewnie i znalazł koperek. Znalazłem z kolei pełno cytrynowo-grejpfrutowej, soczystej cytrusowości. Po ogrzaniu faktycznie uruchomiła się nutka Sorachi Ace, gdzieś pomiędzy kokosem a koperkiem, w finiszu przechodząca gładko w śladowy mineralny akcent. To, co działa wzorowo na płaszczyźnie aromatu, w smaku już trochę niedomaga jeśli chodzi o intensywność, zaś finisz przy rachitycznej goryczce jest trochę wybrakowany. Liczyłem na piwo pokroju Summer Freakout (Piwne Podziemie), a dostałem zdecydowanie mniej intensywnego, acz bardzo smacznego (szczególnie z kranu) orzeźwiacza. (7/10)

Taura (ekstr. 18,5%, alk. 6,6%), co nie powinno dziwić, ma dość zbliżony bukiet. Czyli ponownie cytryna, grejpfrut, limonka i kiwi, a do tego garść przejrzałych tropików. Wraz z ogrzaniem dodatkowo rozwija się ziołowa strona piwa, która skojarzyła mi się z miętą oraz melisą. Kokosa tutaj z kolei niemalże nie wyczułem również po ogrzaniu. Tam gdzie Pia niedomaga, tam Taura dostarcza, czyli ma wręcz mięsiste ciało, trochę słodyczy resztkowej i jest piwem zdecydowanie bardziej soczystym. Ponownie brakuje mi goryczki, której absencja czyni finisz z początku raczej pustawym, co jednak w miarę ogrzania się piwa przestaje się narzucać. Bardzo dobra pozycja, której trochę więcej goryczki zrobiłoby dobrze. (7/10)

Ło, jak to żywicą wali. Żywicą i popiołem. Spalonym, ale i częściowo świeżym cygarem. American stout od Szpunta o nazwie Blackhop (ekstr. 15%, alk. 6%) jest dość zaskakujący – lżejszy niż parametry sugerują, dzięki czemu bardzo pijalny, z natężeniem chmielowym plasującym piwo raczej w rejestrach (polskich) black IPA niźli stoutów. Trzeba się przyzwyczaić do mocnej popiołowości, ale kiedy już się człowiekowi uda, to ma sposobność obcowania z prostym, ale i efektownym, bardzo smacznym piwem. (7/10)

Kontrowersyjnie do tematu grodziskiego podszedł Browar Grodzisk we współpracy z browarem Live Oak. Stylowe piwo grodziskie jest leciutkie, delikatnie wędzone, musujące. Grodziskie Imperialne (ekstr. 15,4%, alk. 7%) to dekonstrukcja pierwowzoru. Pachnie chmielem i oscypkiem. Cytrusowym chmielem i ociekającym tłuszczem oscypkiem wziętym prosto z paleniska w bacówce. Ten wyczuwalny nosem tłuszczyk nie jest zjełczałym, ‘czeskim’ masłem, bardziej skojarzył mi się z zapachem sekcji nabiału w starych Społemach. Mimo że wzmacnia odczucie ciała, piwo moim zdaniem pozostaje jednak rześkie. Chmiele i wędzonka są tutaj według mnie optymalnie przegryzione, a co więcej, spodziewałem się jeszcze bardziej intensywnego piwa – nie jest to wcale grodziskie na sterydach dla trzody chlewnej, a raczej na odżywkach dla osiedlowych ludzi o prostych zapatrywaniach na świat. Jako całość w moich oczach piwo zdaje egzamin. Bez zarzutów. (7/10)

Nieźle wyszedł Pracowni Piwa oraz szwedzkiemu Duggesowi Sour Trip Sweden (alk. 5,3%). W tym owocowym kwasie czuć głównie czerwone owoce – wiśnię i żurawinę, a wtórnie nawet rabarbar, przy czym mimo obecności wiśni w składzie obyło się na szczęście bez efektu pastylek bądź syropu na kaszel. Limonka częściowo przekierowuje całość na bardziej ziołowe tory, co znowuż wtórnie skojarzyło mi się trochę z rumiankiem. Poziom kwaśności jest raczej entry level, ergo średni, a maleńki minusik piwo ma jedynie za wyczuwalne na marginesie drożdże. Spoko. (6/10)

Ciężko jest mi się jednoznacznie ustosunkować do Funky Fluid. Na pewno nie jest to browar średni i zapominalny, bo część piw mają bardo wysokiej klasy, ale część z nich jednak rozczarowuje. Ot, taki Classic 5 (alk. 7,2%), pity z kija, co w przypadku FF jest istotne. Wykonanie w zasadzie nie budzi moich zastrzeżeń, dobór chmieli już jak najbardziej. Z jednej strony mamy tutaj bowiem sporo owoców tropikalnych, ale w wariancie przejrzałym, wręcz gnilnym. Z drugiej strony finisz jest irytująco melonowy, ergo – mdły. Jeśli kogoś takie połączenie intryguje, to może sięgać po to piwo bez obaw. Mi nie podchodzi. (4,5/10)

Piwem, które zebrało mnóstwo pochwał, była ostatnia Pinta Miesiąca roku 2018. Final Call (ekstr. 18%, alk. 7%) otrzymał laudacje za soczystość, owocowość i niesłychanie gładką fakturę. Ponieważ moje wrażenie ogólne wyraźnie odróżniało się od wrażenia kolegów po fachu, to piwo powtórzyłem, utwierdzając się jednak tylko w pierwszym wrażeniu. Zgodzę się co do owocowości – bukiet to typowo żółta multiwitamina (mango, marakuja) i cytrusy. Posmak jest lekko melonowy, za czym nie przepadam, za to piwo obyło się bez irytującego lupulinowego pieczenia na podniebieniu. Z soczystością już bym nie przesadzał, piwo nie jest moim zdaniem specjalnie intensywne. Konsystencja jest gęstawa, natomiast gładkość faktycznie jest ponadprzeciętna. Tyle że to moim zdaniem jest częścią problemu. Piwo lekko melonowe, wyraźnie owocowe, mega gładkie, gęstawe, niskogoryczkowe, smakuje w zasadzie jak rozcieńczony soczek multiwitaminowy. Dobry nju ingland ma jednak przynajmniej tego lekkiego pazura. Final Call nie ma go wcale. Czyli jest mdłe. Nie zapada w pamięć, pije się je wzruszając w myślach ramionami. Nie widzę więc powodu, żeby się nim emocjonować. Z mocniejszą goryczką wyszłoby moim zdaniem o wiele lepiej. (5,5/10)

Od jakiegoś czasu Maryensztadt wnosi współpracę craftu z dyskontami na inny poziom, tworząc limitowane edycje w ramach serii „Brewmaster’s Edition” dla sieci Netto. W dodatku puszkuje je w pojemnościach 0,33l. Mimo krytycznego podejścia do tego typu konszachtów biznesowych, na których tracą sklepy specjalistyczne, mam nie do końca silną wolę, toteż zakupiłem dwa takie specyfiki. Owsiany Stout z przytulią wonną (ekstr. 15%, alk. 6,2%) nie jest piwem wymagającym. Jest to lekko gładka, wyraźnie czekoladowa sprawa o delikatnej palonej kwasowości. Co frapujące, to że dodana przytulia wonna wykazuje trochę podobieństw do tonki. Jest więc korzennie, wręcz trochę marcepanowo, piernikowo oraz waniliowo, w ramach uzupełnienia jednak, jako że przytulia jest przyprawą, której daleko do dominowania całości. Generalnie rzecz biorąc piwo reprezentuje średni poziom – nie absorbuje zmysłów, zaś owsiana gładkość z czasem coraz mniej sobie daje radę z rzeczonym kwaskiem. Średnio na jeża. (5/10)

Podobnie mało wymagająco wypadł Belgian Dubbel z wędzoną śliwką (ekstr. 18%, alk. 8,1%). Wędzonej śliwki jest tutaj najwięcej, poza tym można wyczuć okołojabłkową owocowość, trochę cukrowo-biszkoptowych nutek słodowych, a w finiszu ciut alkoholowego pieczenia. Z faktu, że śliwki jest najwięcej, nie należy wnioskować, że jest jej dużo – aromat i smak intensywnością nie grzeszą, ciało jest niemalże niewyczuwalne i ogółem jest to kompletnie zbędny, niesamowicie nudny bieda-belg, niestety. Brewmaster’s Edition trzeba chyba niestety tłumaczyć jako „siara piwowara”. (3,5/10)

Drugim browarem po Piwotece, który podjął współpracę z polskimi dziadkami death metalu, czyli Imperatorem, jest Browar Spółdzielczy. Lugal Imperator IPA (alk. 6%) nie wykorzystuje potencjału dodanych amerykańskich chmieli, czego efektem jest dość specyficzna, mdła, trawiasto-kwiatowa gruszko-brzoskwinia. Godny uwagi jest brak karmelu i wyraźnie podkreślona, jakkolwiek dość cierpka goryczka, co na przekór całkiem solidnemu ciału wprowadza trochę west coastowy klimat. To może jednak równie dobrze być wynikiem tego, że ostatnio na rynku west coastów jest jak na lekarstwo, no a w porównaniu z NEIPAmi, Lugal jest po prostu wyraźnie wytrawny. Z drugiej jednak strony mamy wspomniane ciało, które z czasem zamula – jest go za dużo. Jak więc do stosunkowo zbyt dużego ciężaru dorzucimy cierpką goryczkę oraz mało ciekawy bukiet, to dostaniemy sumarycznie raczej ciężkostrawne piwo. Co paradoksalnie pasuje jak ulał do zespołu, który je firmuje. (4,5/10)

Jednym z ostatnich piw Andrzeja Millera dla Rockmilla było Never Give Up (ekstr. 16%, alk. 6,4%). AleBrowar powiesił poprzeczkę w ramach DDH IPA niemożebnie wysoko i Rockmillowi nie udało się jej przeskoczyć, ale uczciwie napiszę, że było blisko. Soczysty, lekko-średnio gorzki wywar nasycony jest aromatami przypominającymi mango, marakuję, mandarynkę czy brzoskwinię, a nawet gruszkę. Nie jest na tyle soczkowy, żeby swoją owocowością w jakikolwiek sposób działać na nerwy, no i jest wyzbyty jakichkolwiek naleciałości karmelowych bądź landrynkowych, nie ma też śladu lupulinowego pieczenia. Piwo zniknęło mi ze szkła niemalże szybciej niż je nalałem. Świetne. (7,5/10)

Wiele złego można przeczytać o niektórych piwach Maryensztadtu z serii Projekt Barrel Aged. Wheat Wine Cognac BA (ekstr. 26%, alk. 13,08%) nie jest piwem tak złym, jak je malują, z pewnością jednak nie jest również piwem dobrym. Bukiet piwa podstawowego daje radę. Jabłka, figi, rodzynki, trochę melasy. Moc suszonych owoców uzupełniona przez brązowo-słodowe wtręty. Daję okejkę. Niestety jednak drewno jest wyczuwalne, ale w nikłym stopniu, co rozczarowuje. Również nielicha zawartość alkoholu jest w smaku zbyt oczywista. Wprawdzie od biedy można uznać końcowy efekt współdziałania alkoholu oraz innych elementów jako lekko eukaliptusowy w finiszu, można też stwierdzić, że cierpkość alkoholu kontruje słodycz piwa, ale nie zmienia to faktu, że spiryt jednak przeszkadza. Nie czyni piwa nieznośnym, bo da się je jak najbardziej wypić, ale nie jest to z pewnością jasna gwiazda w portfolio browaru. (5,5/10)

Trzecia odsłona szeroko zakrojonej serii barrel aged od Brokreacji, czyli Potion #3 (alk. 10,8%), to ‘coconut maple imperial red ale Jack Daniels & bourbon barrel aged’. Słyszałem głosy, że akurat red ale niekoniecznie pasuje do beczek z białej dębiny. Na podstawie tego piwa nie jestem w stanie zgodzić się z takim postawieniem sprawy. Otóż zwyczajowy melanż kokosowo-waniliowy jest tutaj wzbogacony o nuty suszonych oraz cierpkich owoców, jak również cierpkich orzechów w taki sposób, że kompozycja jest wyjątkowo dobrze zintegrowana. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że syrop klonowy dał piwu ciut za dużo słodyczy, niepotrzebnie je spłaszczając, ale ten efekt ma raczej ograniczone przełożenie na ogólne wrażenie. Owszem, mimo gęstości piwo nie ma głębi Potion #2, jest może ciut zbyt słodkie, jest obecna bardzo subtelna nutka jabłkowa, ale nadal jest to bardzo smaczny wywar. (7/10)

Podwójny Wujek z Ameryki (alk. 7%) wydaje się być po kuracji odchudzającej, a nie podwójny, bo nie dość, że nie jest specjalnie mętny, to w dodatku nie bucha aromatem tak, jak tego człowiek po podwójnej dawce oczekuje. Możliwe jednak, że AleBrowar na tyle wysoko zawiesił poprzeczkę swoimi NE DDH DIPAmi, że się po prostu czepiam? Nie wydaje mi się. Czepiać się nie ma jak goryczki, ta bowiem szczególnie jak na polskiego new englanda jest wyraźna. Bukiet – morele, mango, pomarańcze, trochę innych tropików, śladowo biała porzeczka – też jest niczego sobie. Jedynie ogólna intensywność, soczystość, ten nowoangielski flavour punch – tego jest tutaj za mało. Ba, nawet w zwykłym nju inglandzie byłoby tego za mało, a co dopiero w podwójnym. Końcowy rezultat jest jak najbardziej w porządku, ale to jednak trochę za mało względem oczekiwań. (6/10)

Pinta stosunkowo rzadko rozczarowuje, ale jak już, to z przytupem. Cieszyłem się na Dożynki (ekstr. 24,7%, alk. 11,5%), ‘wino wielosłodowe’. Zgodnie z nazwą jest potężnie słodowe, wyraziście chlebowe. Słodowe nuty na pierwszym planie, wyraźne jest żyto, trochę pieczywa rodzynkowego, są też wtręty jabłkowe. Zgodnie z oczekiwaniami piwo jest też bardzo gęste, choć po parametrach można wywnioskować, że bardziej od żyta niż od pełni. Tym bardziej dziwi, ale i razi, że przy tak dosadnej słodowości alkohol robi wrażenie puszczonego samopas. Piwo jest irytująco alkoholowe i nieznośnie cierpkie. Tak nieznośnie, że po którymś łyku, przy którym mnie otrzepało niczym po bani wódki na weselu reszta powędrowała niestety do kranu. (2,5/10)

Ale, ale – czy jest możliwe, że leżakowanie w drewnianej beczce uczyni piwo przeciętne piwem dobrym? Jest możliwe. A czy jest możliwe, że taki chwyt uczyni piwo nieznośne piwem ponadprzeciętnym? Jest to mało prawdopodobne, ale teoretycznie możliwe. Taka sztuczka udała się Pincie i jej Dożynkami. Podczas gdy w podstawce straszy alkohol, czyniący swoją cierpkością konsumpcję piwa wyzwaniem, w Dożynkach Bourbon BA chlebowa baza słodowa zaskakująco dobrze zgrywa się z wanilią i kokosowymi nutami bourbonu. Piwo jest gęste i wprawdzie nadal cierpkie, ale alkoholowość nie jest już tak ewidentnie spirolowa, zaś cierpkość dzięki mocno obecnym nutom bourbonu znalazła swoje uzasadnienie, a przy okazji dzięki bourbonowej kremowości została wystarczająco wytłumiona. Kolejnym dobroczynnym efektem jest pojawienie się wyraźnych nut orzechowych, a nawet migdałowych, które czynią piwo zdecydowanie bardziej złożonym. Oczywiście można było zadbać o jeszcze mniej wyczuwalną alkoholowość, ale już w takiej postaci jest to bardzo dobre piwo. Co dziwi mocno, zważywszy na wyjściową formę podstawki. (7/10)

Bardzo fajnie moim zdaniem wypadły obydwa „-ningi” z Brokreacji. W Teawakeningu (ekstr. 14%, alk. 4,9%) cytrusowość oznacza w głównej mierze dosadnie cytrynowość i skojarzenia z herbatką cytrynową, zaś mięta wprowadza dodatkowo nieco gruitowy klimat. Jej przyjemnie chłodzący efekt został wzmocniony zastosowaniem chmielu Polaris, co jest udanym chwytem. W takiej konstelacji piwo jest rześko-chłodzące, ale i o goryczce na szczęście nie zapomniano. Właściwie jest to być może najlepszy z ice tea ejli, jakie piłem. Bardzo pijalna rzecz. (7/10)

Espressoning (ekstr. 14%, alk. 4,4%) to z kolei bardzo pijalny stoucik. Kawa jest w nim wyraźna ale nie dominująca, no i woni i smakuje jak kawa, a nie jak papryka/kapary/fasola, za co należą się słowa uznania. Początkowo skojarzenia wędrują ku kawowemu Merci, bo oprócz kawy jest i czekolada, zaś finisz to intrygujące połączenie paloności oraz tonikowej chininy. No więc możecie sobie wyobrazić, jak zapijacie kawowe Merci przypalonym tonikiem. Bardzo fajny pomysł na ciemne, rześkie piwo, które szybko znika ze szkła. (7/10)

Browar, który decyduje się na uwarzenie black IPA już ma u mnie plusa. No chyba że piwo jest do niczego. Incognito Black IPA (alk. 6%) z pewnością nie jest do niczego, ba, piwo wyszło bardzo smacznie. Kwaskowe ale nie kwaśne, mocno żywiczne, delikatnie owocowe od chmieli. W zapachu chmiele trzymają się na przedzie, w smaku bardziej prominentne są czekoladowo-palone nuty. Pijalność wysoka, więc i nota jest adekwatna. (7/10)

Podwójna black IPA z kokosem i ananasem? Tego (chyba) jeszcze nie grali. Kolektyw Rozkoszy (alk. 8,1%) od Harpaganów i Browaru Zakładowego dostarcza to, co obiecuje. Czyli w wielkim skrócie paloną, a może raczej prażoną pina coladę. Inaczej rzecz ujmując, dodatki są tutaj odczuwalne w zasadzie po równo, może z lekką przewagą kokosa nad ananasem. Piwo jest słodkawe i gładkie, chmiele trzymają się raczej w tle. Zazwyczaj nie przepadam za piwami zdominowanymi przez dodatki, ale tutaj to działa. Bdb. (7/10)

W przypadku łańcutowego Uncle Hefe (alk. 5%) z kranu miałem do czynienia z melanżem cytrusów (których intensywność jednak jest mniejsza niż dodatek skórek pomarańczy i cytryny pozwala przypuścić), przejrzałych żółtych owoców tropikalnych oraz siarki, która jest w stanie podnieść walory lekkiego jasnego piwa, dając mu aurę świeżości, ale tutaj było jej ciut zbyt dużo. Podkreślona goryczka z kolei przyjemnie uzasadnie człon ‘Uncle’ w nazwie. Dobre piwo, ale trochę zbyt siarkowe. (6,5/10)

Dawno już nie piłem niczego z Kazimierza. No to może Galaktyczny Rejs (ekstr. 17%, alk. 8%)? Chmiel poszedł tutaj mocno w stronę cytrusową, a konkretenie żółtocytrusową, silnie obecne są nuty Fanty wzbogaconej o skórki pomarańczy. Platki owsiane podniosły odczucie pełni, z kolei goryczka jest odpowiednio mocna, żeby piwo miało koherentną konstrukcję. Szkoda tylko, że posmak wskutek nut melonowych jest lekko mdły. Ale piwo jest dobre. (6,5/10)

Wtopę zaliczył Browar Spółdzielczy swoim Topslowym (alk. 5%). Całe szczęście piwo powstało we współpracy z Palatum, więc odpowiedzialność jest rozłożona. Owszem, piwo jest cytrusowe, wręcz cytrynowe, przy czym te nuty kojarzą się nie z cytryną jako taką, a z lizakiem cytrynowym. Smakuje jak rozpuszczony cytrynowy lizak zanurzony w syropie po ananasie i moszczu jabłkowym. Rześkości brak, bo piwo jest zawiesiste i brakuje mu nasycenia. To nie ma sensu. (3,5/10)

Przegląd okazał się być wyrównany, mniej więcej połowę piw bym polecił. Szczególnie Never Give Up z Rockmilla, w formie świeżej rzecz jasna. Dobrze, że nie piję piwa ideologicznie, wówczas pewnie musiałbym to piwo wyrzucić z zestawienia.

sześciopak polskiego craftu 2267582553917948444

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)