Loading...

Polskie Imperium 4

Pomijając Sześciopaki, od jakiegoś czasu osobnym torem zbieram i publikuję recenzje polskich stoutów imperialnych. W przeszłości nie nadą...

Pomijając Sześciopaki, od jakiegoś czasu osobnym torem zbieram i publikuję recenzje polskich stoutów imperialnych. W przeszłości nie nadążałem za rynkiem, choć z drugiej strony są to zwykle piwa dostępne długofalowo, więc opóźnienie z mojej strony nie było wielkim problemem. Jakby nie było, wraz z tym wpisem w sporej mierze wyrównuję się z rynkiem. Przy okazji niestety problem aldehydu octowego w polskich butelkowych RISach pozostaje kwestią, nad którą niejeden producent powinien się pochylić, więc to rynek z kolei ma problemy, żeby wyrównać się z moimi oczekiwaniami.

No proszę. Nagrodzony na KPR Porter Noster nie zdobył mojego serca, za to do Ex Libris (ekstr. 24%, alk. 10%) od Czarnej Owcy naprawdę nie mam się jak przyczepić. Wanilii burbońskiej dodano tutaj od serca, zarazem jednak piwo jest wyraźnie lukrecjowe, co z jednej strony nadaje mu specyficzny sznyt – nazwijmy to sznytem Haribo – z drugiej dzięki korzenności zapewniony jest balans dla waniliowej słodyczy. Poza tym przewija się tutaj sporo nut ciemnych owoców pokroju ciemnego grona czy wiśni, zaś wszystko jest podszyte obligatoryjną czekoladą. Piwo ma kremową konsystencję, w finiszu jest trochę palone, zaś alkohol tylko grzeje przełyk, nie jeżąc nadmiernie kubków smakowych. Finisz jest mocno wytrawny, z posmakiem popiołu, team słodyczka może więc w tym piwie nie zagustować, mi to jednak pasuje. Jedyne, co można by ewentualnie poprawić, to wzmocnić smak. Reszta bez zarzutów, bardzo dobry RIS. (7/10)

Black Noble (ekstr. 27%, alk. 11%) wypadł na szczęście lepiej od aldehydowych pierwszych RISów Rockmilla. Wanilii raczej szczędzono, z kolei dodana kawa funguje w piwie nie tyle w formie dodatku, co stanowi jego trzon. Jest przyjemna, ziarnista, nie nadmiernie fasolkowa, nie jest to więc nic złego. W tle przewija się trochę czekolady, zaś paloność dochodzi do głosu w szczątkowej formie dopiero w kwaskowo-gorzkim, wytrawnym finiszu. Piwo jest gładkie i przyjemnie gęste, mimo to jednak nie odznacza się przesadną głębią. Ciężko jest też mówić o kompleksowości, mimo że wspomniana kawa jest częściowo przecinana przez subtelne nutki owocowe. Mimo pewnych niedociągnięć bardzo dobrze się to piwo jednak pije. (7/10)

Poniżej tego poziomu wypadło Illusion (ekstr. 28%, alk. 12%). Najlepiej wyszła gęsta piana, reszta trochę gorzej. Przede wszystkim czuć dużo kakao i ciemnej czekolady, szerzej ciemnych słodów, natomiast kokosa jest na tyle mało, że nie wystąpił efekt Bounty. Piwo jest gęste i słodkie, choć paloność zapewnia kwaskowo-goryczkową kontrę. Ale jednak jest bardziej po słodkiej stronie mocy. Dobre jest, ale mimo gęstości brakuje mu głębi. (6,5/10)

Zawszę się cieszę, kiedy na przekór trendom polski RIS w butelce nie wali ordynarnie zielonym jabłkiem. Idiota od Trzech Kumpli (ekstr. 28%, alk. 10,5%) nie wali. Co niestety nie wystarcza do uczynienia zeń dobrego piwa. Na odcinku aromatu wszystko gra do pewnego momentu. Wyrazista czekolada zmieszana z toffi, żywicą oraz ciemnymi, leśnymi owocami, a do tego trochę wafelków, zaś w smaku dodatkowo orzechów. Fajnie, tyle że do tego dołącza się niepokojąca nutka, przypominająca połączenie smrodu po petardach z chorzowskim smogiem. Jeśli jest to siarka, to w takiej formie jej jeszcze nie spotkałem. Niezależnie jednak od tego, czym w istocie jest ten przykry zapach – jest on przykry. Co do ciała, to piwo zdaje egzamin, ale również do pewnego momentu. Jest gęste i pełne, do wolnego sączenia. Momentem załamania jest finisz. Cierpkawy, popiołowo-alkoholowy, cienki. Niepotrzebnie spłyca piwo, niweluje głębię i niszczy wydźwięk. Zapowiadało się nieźle, skończyło się gorzej. Średnia jest średnia. (5/10)

Tonka is the new yuzu. W pewnym momencie tyle polskich browarów zaczęło ją stosować, że chyba na mieliźnie w Zatoce Gdańskiej osiadł jakiś statek wiozący rzeczoną fasolę i został oszabrowany przez polskich craftowców. Żeby nie było – ja rozumiem, że jest efektowna. Wanilia, migdały, piernik – ok, jest to atrakcyjna, quasi korzenna przyprawa. Tyle że rzadko kiedy jest dobrze wkomponowana w całość, ze względu na swoją siłę dominuje często piwo, sprawiając jednocześnie dość odklejone wrażenie. Tak się sprawy mają z Black Square (ekstr. 24%, alk. 9,5%) od Absztyfikanta. Trochę kakao i lukrecji, no i pełno tonki. Waniliowej, migdałowej, piernikowej tonki, ale jednak mało zintegrowanej tonki. Która mi się dodatkowo trochę kojarzy z rumiankiem, za którym nie przepadam. Na domiar złego trafiła mi się chyba trafiona butelka, co oznacza typowe dla polskich RISów naznaczenie aromatem i smakiem zielonego jabłka. Szkoda, bo ciało jest przyjemnie pełne, kremowe, z nieco szorstką palonością w finiszu, która w takim wymiarze dobrze równoważy słodycz piwa. Generalnie więc przesadzono z tonką, nie osadzono jej umiejętnie w piwie bazowym, no i piwo wyszło wadliwe. Cóż. (5/10)

Popastwiłem się nad aldehydem octowym w moim egzemplarzu Risfactora z Pinty w ostatniej odsłonie tej serii. Zakładałem, że kwestia nie ma absolutnie prawa się powtórzyć w przypadku wersji Double BA, no ale niestety – znowu padło na mnie. Przy czym Risfactor Bourbon & Rum (ekstr. 30%, alk. 13%) zapowiadał się naprawdę obiecująco. Likier czekoladowy doprawiony lukrecją oraz dosadną dawką kokosowej, delikatnie waniliowej białej dębiny, peryferyjne nutki czerwonych owoców oraz melasa wzmacniająca wrażenie, że w istocie jest w tym piwie więcej rumu niż bourbonu, co szczególnie wychodzi w finiszu. Piwo mocno grzeje, alkoholu do końca się ukryć nie dało, ale nie to jest problemem. Problemem są nuty zielonego jabłka, odczuwalne w smaku bardziej niż w zapachu. Wielka szkoda. (5,5/10)

To mogło wyjść naprawdę dobrze. Pracownia Piwa do swojego Inferno (alk. 7,4%) dorzuciła oprócz laktozy również pieprz oraz chili. I faktycznie pikantność jest delikatna, ale dorzuca swoje do balansowania słodyczy piwa. Trzonem przeciwwagi dla słodyczy jest jednak rasowa, mocna goryczka. Dodajmy do tego bukiet łączący mleczną czekoladę z mleczną kawą i wafelkami i brzmi to naprawdę dobrze. Niestety jednak i tutaj nemezis polskich RISów, czyli zielone jabłko, zamanifestowało swoją obecność. Nie w sposób nadmiernie natrętny, ale wskutek tych wtrętów piwo wypadło dużo gorzej niż mogło wypaść. (6/10)

Jedno jest pewne. Jaki by nie był Antracyt (ekstr. 23%, alk. 10,2%), to browar Gzub butelką oraz etykietą wygrał. Wygląda jak lekarstwo sprzed stu lat. O, na przykład lekarstwo na handrę czy nawet depresję. Druga rzecz pewna, to że nigdy się wcześniej nie spotkałem z piwem, które by tak wyraźnie pachniało szynką serrano. Jak suszona, lekko orzechowa wieprzowina. Jaki poza tym jest Antracyt? Lekko winny, szczególnie w finiszu, będącym niemalże kalką z półwytrawnego wina czerwonego, choć zarazem tylko delikatnie kwaskową. Ale rzecz jest faktycznie wytrawna, jak na RISa nie ma tutaj praktycznie w ogóle ciała. Nie ma też kawy, zaś nutki palone oraz akcenty słodkiej czekolady są absolutnie marginalne. Jest trochę suszonych owoców (głównie śliwki), które podbijają winny charakter piwa. Nie będę kłamał, że mi się je szczególnie przyjemnie piło, trzeba jednak przyznać, że smakuje tak oryginalnie, jak wygląda. W zasadzie dość hiszpańsko – czyli serranowy zapach i czerwonowinny smak. Arriba! (5/10)

Potion #01 (alk. 12,3%) to coffee raisin apple fig imperial stout rum BA. Uff. Z tym jabłkiem to fajny pomysł, można nim w razie czego wytłumaczyć obecność aldehydu. Żarty na bok, piwo Brokreacji pachnie naprawdę ładnie. Podkreślona obecność fig w połączeniu z kokosowo-melasowym rumem daje nam coś w rodzaju karaibskiego brandy. Jabłka manifestują się z jednej strony w postaci słodko-kwaskowej, z drugiej pieczonej. Kawa wyłania się z owocowości, ale na szczęście nie dominuje. Nie jest fasolowa, kaparowa ani paprykowa, za co należą się słowa uznania. Po ogrzaniu z bukietu wyłania się sporo nut orzechowych, natomiast palone i czekoladowe nutki trzymają się tak bardzo w tle, że można by ich nie zauważyć. Jest to grzejące gardło (choć nie wódczane) piwo o stosunkowo niskiej pełni, które żyje beczką oraz dodatkami. Bazowy RIS pod tym wszystkim ginie, słodowość jest uboga i słabo obecna, a ciało raczej smukłe. Czy to źle? Nie, jako całość piwo wypada bardzo dobrze. Jest przemyślane i świetnie wykonane. (7/10)

Wszelkie pretensje odnośnie jednowymiarowości KKO z Czarnej Owcy (ekstr. 25%, alk. 11%) są o tyle nietrafione, że przecież już samą nazwą piwo sugeruje, z czym mamy do czynienia. Tak więc – gorzkie kakao, gorzka czekolada. Gorzka czekolada, gorzkie kakao. Zapach równa się wsadzeniem kinola w tabliczkę czekolady Lindta. Taką delikatnie wzbogaconą nutami owocowymi oraz wanilią.  W smaku owa owocowość niestety manifestuje się wyraźniej. Aldehyd octowy. Nie domiujący, ale mnie już powoli bolą gałki oczne od przewracania wskutek napotykania tej konkretnej wady w polskich risach. Jako rzekłem, nie jest to na szczęście mimo wszystko wada dominująca. Słodkie, deserowe piwo poza tym może się pochwalić podbitym ciałem i delikatną kawą w finiszu. Generalne wrażenie jest wskutek tego niezłe, ale to w przypadku RISa oznacza jednak rozczarowanie. (6/10)

Wlejemy żytniego imperialnego stouta do beczki po Jacku Danielsie. Będzie samograj, bo cóż może pójść nie tak? Ano poszło, i to mocno w złą stronę. Maryensztadt Chocolate Rye RIS Jack Daniels BA z serii Barrel Project (ekstr. 25,8%, alk. 11,51%) to piwo gęste, czekoladowo-kawowe, lekko brązowo-cukrowe, z przewagą wanilii nad kokosem. Brzmi dobrze? Tak, byłaby to z pewnością rzecz nielicha, jeśli piwo nie padłoby ofiarą pospolitej wady. Mieszanina zielonego jabłka i zmywacza do paznokci nadaje tutaj ton, wpływając również na palono-kwaskowy finisz. Nie jest to poziom dna wyznaczonego ongiś przez Mikkeller Black, ale nie brakuje zbyt wiele. (2/10)

Co innego maryensztadtowe Imperial Stout Bowmore Whisky BA (ekstr. 22%, alk. 9,4%). Torf jest wyraźny, ale na szczęście nie zdominował całokształtu. Mamy więc gorzką czekoladę i kawę, muśnięcie czerwonymi owocami i nabierający na sile wraz z ogrzaniem marcepan. Jest też trochę wafelków przeplatanych ciemnym pieczywem. No i jeszcze ciut waniliowej klepki w finiszu. Słodkawe, zbalansowane piwo. Dość gęste, delikatnie zadziorne, ale nie otwarcie alkoholowe. Smakowało mi bardzo. (7/10)

Bardziej od Wrclw Imperial Stout Nitro (ekstr. 30%, alk. 11%), na którego cieszyłem się bardziej. Zgodnie z założeniami piwo wyszło bardzo gładkie, mam jednak wrażenie, że tak jak azot w lżejszych stoutach robi robotę, tak w cięższych spłaszcza głębię. Jest tutaj dużo czekolady, ale i trochę przypieczonej skórki chlebowej oraz suszonych owoców. Obraz uzupełnia ograniczona dawka nut migdałowych oraz palonych, gdzie te drugie stają się wyraźne w finiszu, dając piwu jednocześnie trochę kwaskowości. Konsystencja jest kremowa, natomiast bukiet ma bardziej brązową paletę aromatyczną niż się spodziewałem, nie jest to pianka czekoladowo-kawowa, której oczekiwałem. No i alko mimo gładkości trochę piecze. Jest ok, ale piwo nie spełniło oczekiwań. (6/10)

Wrclw Coffee Imperial Stout Nitro (ekstr. 30%, alk. 11%) nie wypadł na szczęście nadmiernie fasolkowo, niemniej jednak kolaż nut miodowych, owocowych i orzechowych od kawy nie do końca wpasował się w mój gust kawowy. Poza tym mamy tutaj nuty palone, a szczególnie w smaku dodatkowo gorzko-czekoladowe. Piwo jest bardzo gęste, gładkie i dobrze ułożone. Głębi nie ma w zasadzie wcale, azot spłaszczył tutaj sporo, ale jako RIS do picia przy okazji piwo zdaje egzamin. Dobre, ot tyle. (6,5/10)

Oczekiwania nie tyle spełnił, co przebił z nawiązką Borys Kuloodporny z Dzikiego Wschodu (ekstr. 24%, alk. 9%). Ujrzałem go w sklepie, pomyślałem, że dam mu szansę, choć browar wygórowanej renomy nie ma. Miał na starcie jeden plus – to jeden z najtańszych polskich RISów, jakie widziałem przez ostatni rok. Ma też drugi plus – jest jednym z najlepszych. Pod warunkiem, że się lubi pumpernikiel, albowiem już dawno nie miałem do czynienia z tak silnie pumperniklowym piwem. Kwaskowe nuty w aromacie wywołują dodatkowo skojarzenia z zakwasem, mamy więc dość piekarniczy wyrób. Z kolei człon ‘american’ można pominąć, bo chmiele nie są specjalnie wyraźne. Kolejna rzecz to uzupełniające obraz nuty owocowe oraz słodowe. Po ogrzaniu wychodzą borówki i śliwki z jednej strony, a delikatna lukrecja, trochę melasy i przypalonych rodzynek z drugiej. Spodziewana czekolada jest obecna, ale trzyma się w tle. Goryczka ma chmielowo-palony charakter i zdecydowanie nie brakuje jej siły. Słodyczy też trochę jest, ale to goryczka na tej osi nadaje ton. No i nie ma tu ani śladu aldehydu octowego. Gęste piwo o mięsistym ciele i sporej głębi. Głębokie, kompleksowe. No i tanie. Świetna pozycja. (7,5/10)

Przegląd jakościowo wygrał akurat ten RIS, po którym się na dobrą sprawę nie spodziewałem niczego. Borys Kuloodporny wyszedł bez zarzutów, a przy okazji jest chyba najtańszym piwem w tym zestawie. Czasami jednak warto kupić sobie coś wbrew przeczuciom. Maryensztadt pokazał się od bardzo dobrej, ale i bardzo złej strony, na wyróżnienie zasługują Czarna Owca, Rockmill oraz Brokreacja. Z kolei Browar Stu Mostów umocnił we mnie przekonanie, że azotowanie piwa ciężkiego nie ma sensu, bo ceną za większą gładkość wydaje się być eliminacja głębi.

slider 708878690649470691

Prześlij komentarz

  1. RISfactora piłem i miałem to samo, więc to chyba wada we wszystkich butelkach. Maryendsztadt Chocolate Rye RIS potwierdzam - masakra. Idiocie dałbym więcej, no ale to moje zdanie ;) dobra robota, jak zwykle. Polecam 652 Bourbon BA - wg mnie cudny trunek. Pozdrawiam serdecznie i na zdrowie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie śmiem wątpić - sama podstawka 652 to klasowe piwo. Mam nadzieję, że gdzieś dorwę wersję BA.

      Usuń
  2. Risfactor dba w moim przypadku to petarda.

    Idiota- rozwodnione gow**.

    Coraz mniej kupuje mocne piwa naszej rodzimej produkcji- 80% to porażki. Zal pieniędzy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważyłem jednak, że jest spory rozstrzał jakościowy między polskimi risami a mocnymi porterami. Te drugie wydają się być wyraźnie bardziej bezpieczne jakościowo.

      Usuń
  3. Antracyt to takie kompletnie nie-RISowe, przegazowane i pozbawione ciała g..no, że u mnie nie dostałby nawet 3/10. Jak można bezwstydnie naciągać konsumentów na to coś? Nie wiem... Z powyższego zestawienia piłem wszystko oprócz KKO i Maryensztadtów, najlepsze wrażenie pozostawił u mnie Ex Libris, który zamieniłbym miejscami z Borysem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gzub niestety po bardzo udanym saisonie, którym debiutował jako browar stacjonarny, ma poważne problemy natury jakościowej.

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)